Pairing: Kai x Uruha, Kyo [Dir En Grey] x Uruha.
Typ: oneshot.
Ostrzeżenia: Niecenzuralne słownictwo, alkohol.
Odkąd mnie opuściłeś, każdy kolejny dzień jest przepełniony paraliżującym strachem o nadchodzące jutro, a ja wyczekuję twojego powrotu, niepewnie zerkając w stronę kalendarza. Każda chwila spędzona z dala od ciebie wydaje się być wyblakła, a smutna rzeczywistość szara, jakby wyprana z barw i pozbawiona emocji. Boję się o moją przyszłość, Kai. Jeśli tak ma wyglądać moje życie bez ciebie, nie jestem pewien, czy przetrwam kolejny rok. Byłeś moim prywatnym słońcem - cały mój świat kręcił się wokół ciebie, twoich uśmiechów i perlistego śmiechu. Budziłem się równo z tobą, z uśmiechem na twarzy obserwując nadchodzący wschód. Ucałowawszy mnie w policzek, wstawałeś z posłania i zupełnie nieskrępowany swoją nagością, kierowałeś się do łazienki, a potem do kuchni, by przygotować śniadanie, które przynosiłeś mi do łóżka. Zachody były równie fascynujące, a nawet absorbowały więcej mojej uwagi - wiłem się pod tobą, wykrzykując twoje imię, gdy swoimi ruchami doprowadzałeś mnie do spełnienia, a później opadałeś na pościel obok mnie i przykrywałeś kołdrą. Zasypiałem, otulony twoimi ramionami i zapachem, który koił moje zmysły. A teraz, gdy ciebie zabrakło, wszystko, czego do tej pory zaznałem, okazuje się być pozbawione sensu i niewarte mojego zainteresowania. Nawet gra na gitarze, która do tej pory była moją pasją, przestała mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Instrument, który mi podarowałeś, został zamknięty w czarnym pokrowcu i zniknął gdzieś na strychu, gdzie spędzi kolejne lata w otoczeniu starych, bezwartościowych rupieci. Kiedy jeszcze byłeś przy mnie, uwielbiałeś te chwile, gdy łapałem za akustyka i nieudolnie śpiewając, wygrywałem ci miłosne serenady, przepełnione uczuciami płynącymi wprost z serca. Nie zwracałeś uwagi na mój żałosny śpiew i fałsz, ciągnący się przez całą piosenkę - nagradzałeś moje starania pocałunkiem, wyraźnie dumny z moich umiejętności.
Uśmiecham się pod nosem na samo wspomnienie tych wspólnie spędzonych lat. Wówczas byłem najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Mając cię u mego boku czułem, że niczego więcej już nie potrzebuję. A teraz, jedyne, co mi po tobie zostało, to kilka wyciągniętych starych swetrów, które straciły już twój zapach i kartka, wypełniona twoim pochyłym, ale starannym pismem. W niektórych miejscach atrament jest rozmyty i nieczytelny, jednak to nie stanowi dla mnie żadnego problemu. Znam każde napisane tam słowo na pamięć.
"Ja już tak dłużej nie mogę, Uruha. Tego, co teraz nas łączy, nie możemy nazwać już miłością. Mimo tego, że nasze uczucie wyblakło wieki temu, mieszkamy ze sobą. Dlaczego? Z przyzwyczajenia. Chyba nadszedł już czas, by wreszcie się rozstać, nie uważasz? Ja... wciąż coś do ciebie czuję, ale muszę to w sobie stłumić, a potem zabić. To mnie wyniszcza, nie mogę pozwolić temu istnieć... Odcinam się, opuszczam Tokio, nie szukaj mnie. Nie dzwoń. Kiedy wrócę? Nie wiem. Pewnie wtedy, kiedy zapanuję nad swoim życiem. Wybacz mi..."
Z cichym westchnieniem odkładam pomięty kawałek papieru do szuflady i ocieram wierzchem dłoni samotną łzę, naznaczającą mój policzek. Nie rozumiałem i dalej nie mogę zrozumieć, dlaczego coś takiego napisałeś. Czy byłeś w tym związku nieszczęśliwy? Czy każdy twój uśmiech, przyzdobiony słodkimi dołeczkami w twoich policzkach, był wymuszony? W takim razie świetnie grałeś, bo naprawdę sądziłem, że jestem miłością twojego życia i wspólnie spędzane chwile są dla ciebie wyjątkowe.
Przetarłem twarz dłonią i skierowałem się do kuchni. Przechodząc korytarzem, unikałem wzrokiem naszych wspólnych zdjęć, porozwieszanych na kawowych ścianach, w duchu karcąc się za to, że jeszcze ich stamtąd nie zdjąłem. Minąwszy próg kuchni, od razu skierowałem się do ulubionej części pomieszczenia - stoliczka z ekspresem do kawy. Tą maszynę, podobnie jak wszystko inne, wybraliśmy razem do naszego wspólnego mieszkania... Na litość boską, czy wszystko w tym domu musi mi o tobie przypominać?! Potrząsnąłem z dezaprobatą głową, by pozbyć się nękających mnie myśli i ustawiwszy sporych rozmiarów kubek na małym podwyższeniu, włączyłem automat. Urządzenie zawarczało cichutko, zabulgotało i zaczęło zalewać naczynie życiodajnym płynem. Cień uśmiechu mimowolnie wstąpił na moje usta, gdy głęboko zaciągnąłem się powietrzem - uwielbiałem zapach kawy, zwłaszcza tej świeżo zmielonej. Już wyciągałem dłoń, by sięgnąć po napełniony po brzegi kubek, gdy nagle po mieszkaniu rozniósł się echem dźwięk dzwonka. Zanim udałem się, by otworzyć drzwi, pobieżnie zerknąłem na zegarek - w pół do dwunastej, wieczór. Kto może nachodzić mnie o tej porze?
Zaintrygowany, zostawiłem parujące naczynko w samotności i ruszyłem w stronę przedpokoju, by wpuścić do mieszkania niespodziewanego gościa.
- Kto tam? - spytałem przezornie, nim zdecydowałem się uchylić drzwi. Czemu nigdy wcześniej nie wpadł mi do głowy wspaniały pomysł zamontowania wizjera?
- Otwórz te pieprzone drzwi, zanim przymarznę do tej pierdolonej wycieraczki! - głos dochodzący zza płyty z drewnianej sklejki należał do Kyo. Wkurwionego Kyo - Na dworze jest chyba dwadzieścia stopni na minusie!
- Po co przyszedłeś? - spytałem na tyle głośno, by mógł dobrze mnie usłyszeć. Miałem nadzieję, że to nic pilnego i mogę odwlec nasze spotkanie do czasu, gdy nieco lepiej się poczuję...
- Na pewno nie po to, żeby odmrozić sobie palce! Otwieraj! - wrzasnął, już całkiem nieźle poirytowany.
Wywróciwszy oczami, przekręciłem zamek i wpuściłem do środka zmarzniętego wokalistę. Mijając mnie w drzwiach, posłał mi mrożące krew w żyłach spojrzenie i położywszy na podłodze pokaźnych rozmiarów torbę podróżną, odwiesił swoją skórzaną kurtkę na wybrany przez ciebie wieszak.
- Co to ma być? - spytałem zdziwiony, wskazując palcem na jego walizkę. Jasnowłosy pokręcił głową z dezaprobatą i westchnął ciężko.
- Torba, Shima. Nigdy takiej nie widziałeś? - zironizował, przeczesując palcami potargane włosy.
- Po co ci ona? - wpatrywałem się z niedowierzaniem w twarz niższego mężczyzny.
- Wprowadzam się, Uruha - uświadomił mnie wspaniałomyślnie - Cieszysz się? - dodał po chwili, z uwagą patrząc na moją twarz.
- Oczywiście - odparłem, choć w moim głosie nie brzmiała nawet nutka radości - Szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że szybko przekażesz mi to, co masz do powiedzenia i się zmyjesz.
Jasnowłosy najwyraźniej puścił moją zgryźliwą odpowiedź mimo uszu i nie czekając na moje przyzwolenie, udał się w stronę salonu.
- Pewnie, rozgość się - mruknąłem do jego oddalających się pleców.
- Ach, Uru, złotko... - zatrzymał się na chwilę, by zerknąć na mnie przez ramię - Weź moją torbę. Przez to, że tyle trzymałeś mnie za drzwiami odmroziłem sobie dłonie i nie jestem w stanie sam jej wziąć.
Zdusiłem w sobie przekleństwo i szarpnąwszy za jeden z pasków, z trudem uniosłem walizkę z podłogi, a następnie niemal wlokąc ją po panelach, poszedłem do salonu.
- Co ty tam masz?! - wysyczałem przez zaciśnięte zęby, gdy podnosiłem bagaż wokalisty, by ułożyć go na jednym z foteli.
- Wszystko, co niezbędne - mruknął, rozsiadając się wygodnie na kanapie i sięgając po leżący na stoliku pilot. Zirytowany jego frywolnością, fuknąłem.
- Pewnie, nie krępuj się. Wszystko jest do twojej dyspozycji.
W odpowiedzi posłał mi tylko jadowity uśmiech i nie mówiąc nic, wbił wzrok w ekran telewizora, na którego ekranie aktualnie wyświetlane były wiadomości.
Kiedy zająłem miejsce obok niego, zapanowała długa, niezręczna cisza, którą wreszcie zdecydowałem się przerwać.
- Dlaczego akurat ja? - spytałem, niepewnie na niego zerkając. Odwzajemniwszy moje spojrzenie, zmarszczył brwi w niezrozumieniu - Dlaczego wprowadziłeś się do mnie, a nie do kogoś ze swojego zespołu? - sprostowałem po chwili.
- Byłeś pierwszą osobą, która przyszła mi na myśl - odparł, odwracając głowę. W jego gestach dostrzegłem coś, co mnie zaniepokoiło. Od Tooru Niimury, którego znam, zawsze biła powalająca na kolana pewność siebie, a ten skulony na mojej kanapie blondyn nie przypominał go ani trochę.
- Gadaj, o co chodzi... - westchnąłem cicho. Sprawa musiała być naprawdę poważna, skoro zamiast do któregoś ze swoich bliskich przyjaciół, zwrócił się o pomoc do mnie - przelotnego znajomego, z którym mija się raz na jakiś czas na imprezach okolicznościowych. Cóż... do tych przypadkowych spotkań dochodzi również kilka rozmów przy kawie i zaproszeń na wspólny lunch.
- Nic nie idzie po mojej myśli, Śliczny - wyznał, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem - Świat wali mi się na łeb, sake nie smakuje tak dobrze, jak kiedyś, a kawałki do cholernej płyty same się nie napiszą.
- Nie rozumiem... - mruknąłem, napierając plecami na oparcie burgundowej kanapy - Wszystkie twoje teksty są o bólu, śmierci, bólu, krwi, bólu i-...
- Skończ już - przerwał mi w pół zdania - Zgodnie z twoim tokiem myślowym, czym więcej cierpię, tym więcej weny zyskuję, tak, Śliczny? - spojrzał na mnie kątem oka.
Skinąłem głową, nawet nie siląc się na odpowiedź.
- Wyobraź sobie, że tego rodzaju bólu nie mogę opisać w żadnym z moich tekstów.
Posłałem mu pełne niezrozumienia spojrzenie. Starszy mężczyzna westchnął ciężko i wyłączył głos w telewizorze.
- Nie jestem pieprzonym popowym muzykiem, który śpiewa tylko o zawodach miłosnych, a potem o szczęśliwych zakończeniach - odchylił głowę w tył i zasłonił ją przedramieniem.
Zaskoczony, niemal poderwałem się z kanapy i spojrzałem na niego z niedowierzaniem.
- Zakochałeś się?! - nachyliłem się nad wokalistą - Nieszczęśliwie? Ty?
- A co? To, że nazywam się Tooru Niimura i jestem trzydziestosześcioletnim wokalistą Dir En Grey pozbawia mnie człowieczeństwa i prawa do miłości? - posłał mi gniewne spojrzenie spod uniesionego nieznacznie przedramienia.
Odwróciłem wzrok.
- Nie o to mi chodziło, Kyo. Po prostu... Znamy się już kupę czasu, każdy z twoich przyjaciół kogoś ma albo miał, a ty... ty zawsze byłeś sam... Trzymałeś się na uboczu odkąd tylko pamiętam - wyjaśniłem cichutko, niemal kuląc się w sobie pod naporem jego spojrzenia. Niimura jest najbardziej nieprzewidywalną i przerażającą osobą we wszechświecie, więc mój strach jest uzasadniony.
Mężczyzna cicho westchnął.
- Pewnie teraz patrzysz na mnie jak na jakiegoś gówniarza, który przeżywa swoją pierwszą nieszczęśliwą miłość i nie mogąc sobie poradzić z goryczą porażki, przychodzi wypłakać się na ramieniu swojego przyjaciela - mruknął, nieco łagodniejąc. Zareagowałem krótkim, cichym śmiechem na to porównanie. Obecność Tooru działała kojąco na moje zszargane nerwy, przy nim choć na chwilę zapominałem o swoim prywatnym bagnie - Chyba... chyba jednak źle wybrałem - podjął po chwili - No wiesz, Kai...
Machnąłem na to ręką, jednak nikły uśmiech natychmiast zniknął z mojej twarzy.
- Najwyżej skończy się tym, że zamienimy się rolami i to ja będę płakał w twoją koszulę. A teraz mów, o kogo chodzi, bo zaraz umrę z niecierpliwości...
Kyo oparł głowę o krawędź kanapy i przymknął powieki.
- Jest wspaniały... - wyszeptał - Kiedy tylko go zobaczyłem, poczułem... coś, co po dzień dzisiejszy nie daje mi spokoju. To coś na wzór... tęsknoty? Nie wiem, jak to nazwać, Uruha - westchnął cicho - Po prostu czuję się niepełny, gdy nie ma go w pobliżu. Ale gdy tylko jest blisko... czuję nieuzasadniony przypływ radości.
- To właśnie jest miłość... - powiedziałem drżącym głosem i delikatnie przygryzłem dolną wargę. Opowieść Niimury pobudziła do życia wszystko to, co starałem się w sobie zdusić. Miłość do Kai'a i niewypowiedzianą tęsknotę za nim, ten rozrywający od środka duchowy ból, który wyniszczał mnie przez tak długi czas... Nim się obejrzałem, kilka pojedynczych łez spłynęło po moich bladych policzkach. Otarłem je rękawem szarego longsheelva i wziąłem głębszy wdech, by nieco się uspokoić. Na szczęście przyniosło to efekt - być może marny, bo zapierająca dech w piersiach rozpacz pozostała, lecz przynajmniej przestałem trząść się jak w febrze. Siedzący obok Tooru zdawał się niczego nie zauważać...
- Więc... to mężczyzna, tak? - podjąłem po chwili, gdy całkowicie się uspokoiłem. Niimura odpowiedział tylko krótkim skinieniem głowy - Nigdy nie posądzałbym cię o homoseksualizm... Wręcz kipisz testosteronem. Kto by pomyślał, że po cichu wzdychasz do jakiegoś innego faceta?
- Gej, zwłaszcza ten dominujący w związku, zazwyczaj okazuje się o wiele bardziej samczy niż zwykły koleś hetero - burknął - W końcu musi trzymać w ryzach innego faceta, a nie jakąś rozhisteryzowaną samicę.
- Uke nie ma pms - zauważyłem inteligentnie. Kyo wywrócił oczami.
- Jakiś ty się zrobił ostatnio wygadany, Kouyou.
W odpowiedzi wzruszyłem lekko ramionami.
- Napijesz się czegoś? - spytałem, nagle przypominając sobie o zasadach gościnności.
- Jeśli masz mi do zaoferowania coś innego niż przeklęta kawa z ekspresu, to bardzo chętnie.
- Może być herbata? - kąciki moich ust mimowolnie uniosły się w złośliwym uśmieszku.
Ciemne oczy Niimury zdawały się ciskać gromy.
- Alkohol, dziecino, alkohol - mruknął z irytacją.
Skinąwszy delikatnie głową, podniosłem się z kanapy i czym prędzej udałem się do kuchni, by odnaleźć butelkę whisky, ukrytą pomiędzy słoikami z konfiturami Kai'a. Rozdrażniony widokiem twojego pochyłego pisma na lekko pożółkłych nalepkach, szybkim ruchem zgarnąłem wszystkie pojemniczki z szafki i wrzuciłem je do stojącego nieopodal kosza. Nie chcąc już patrzeć na inne wybrane przez ciebie przedmioty, w pośpiechu chwyciłem za szyjkę butelki i zabierając ze sobą jeszcze kubek z zimną już kawą, udałem się do salonu. Niimura wciąż siedział na kanapie z odchyloną w tył głową. Chyba nie drgnął nawet o milimetr.
- Czuję zapach tego świństwa - burknął, unosząc lekko powieki. Podniosłem do góry rękę, w której dzierżyłem naczynie z życiodajnym płynem.
- Punkt dla ciebie, Kyo. Masz węch niczym pies myśliwski - podałem mu zapieczętowaną butelkę whisky, którą trzymałem w drugiej dłoni.
- A szklanka? - uniósł brew - Oszczędzasz wodę na zmywaniu, czy jak?
Westchnąłem cicho.
- Z twoim zamiłowaniem do tego gatunku szkockiej, szklanka jest zbędna. Pewnie i tak byś jej nawet nie użył.
- Być może - mój rozmówca wzruszył ramionami, po czym odkręcił butelkę i przytknął ją sobie do ust. Niemal mruczał z przyjemności, gdy rozkoszował się smakiem złotawego płynu - Wspaniała...
- Wybrana przez Kai'a - podsumowałem z rozżaleniem i zająłem miejsce obok starszego muzyka. Kątem oka spostrzegłem, jak krzywi się nieznacznie.
- Dziwisz się, że nie możesz wyjść z tego bagna, a sam nie pozwalasz sobie o nim zapomnieć... - powiedział, zakładając nogę na nogę. To, co mówi, ma sens...
- Ciężko zapomnieć, gdy nie masz się gdzie wynieść i jesteś skazany na oglądanie przedmiotów, które kupowaliście podczas wspólnych wypadów do sklepu... - broniłem się. Wokalista wywrócił oczami.
- Doprawdy ciekawa historia, Uruha. A teraz przestań pierdolić, złotko i spójrz prawdzie w oczy - siedzisz tutaj, bo na niego czekasz. Nie potrafisz zapomnieć. Widzisz ten sweter? - wskazał palcem na fragment ubrania, przewieszony przez oparcie stojącego w kącie pokoju krzesła - Nie może być twój, przecież ty nienawidzisz brązowego, więc logicznie rzecz biorąc, należy do Kai'a. Zamiast wyrzucić wszystkie jego rzeczy, ty wciąż się nimi otaczasz! On nie wróci, nie rozumiesz tego? Nie do ciebie. Może powrócić do Tokio, ale nigdy nie będzie dla ciebie osiągalny, więc czemu po prostu nie wyrzucisz go ze swojego serca?!
Tak dosadnie przedstawiona prawda ugodziła we mnie niczym nóż, z łatwością wydobywając z moich oczu łzy. Kubek, który jeszcze parę minut temu trzymałem w rękach, roztrzaskał się z hukiem o podłogę, a jego zawartość wsiąkła w pastelowy dywan, pozostawiając na nim ciemną, niespieralną plamę. Przytknąłem jedną z dłoni do moich rozedrganych ust, by zdusić w sobie nękający mnie szloch, lecz nie przyniosło to żadnych skutków - rozdzierająca mnie od środka rozpacz nie ustąpiła nawet na chwilę. Wciąż wbijała swoje długie szpony w moje już i tak podziurawione serce, raniąc je brutalnie.
Uniosłem się z kanapy, by uciec od dłoni Niimury, który niespodziewanie zbliżył się do mnie, lecz nagle zakręciło mi się w głowie. Dziwnie osłabiony, osunąłem się bezwładnie niczym szmaciana lalka wprost w ramiona Tooru i przylgnąłem do jego torsu, bezbronny jak dziecko. Ramiona jasnowłosego natychmiast zamknęły mnie w szczelnym uścisku, przytulał mnie w taki sposób, jakby chciał ochronić mnie przed całym złem tego świata - nie wiedział tylko, że jedyną rzeczą, która poważnie mi szkodzi, jestem ja sam.
- Przepraszam, Uruha... - wyszeptał wprost do mojego ucha, owiewając swoim ciepłym oddechem również odsłoniętą skórę moich ramion. Zadrżałem pod wpływem różnicy temperatur i jeszcze mocniej wtuliłem się w jego ciało, jednocześnie zaciskając palce na ciemnej koszuli - Nie miałem zamiaru-...
- Cicho - przerwałem mu, mimo, iż wydobycie z siebie głosu przyszło mi z niemałym trudem. Targający mną szloch skutecznie odbierał mi zdolność mowy.
Nie mówiąc już nic, Tooru przeczesał palcami jasne kosmyki moich włosów i pogładził mnie po głowie w uspokajającym geście. Gdy nie napotkał z mojej strony żadnego sprzeciwu, wzmocnił uścisk oplatających moją talię ramion. Oboje milczeliśmy przez długi czas, nawzajem rozkoszując się swoją obecnością i ciepłem bijącym od naszych ciał. Wtulony w klatkę piersiową Kyo, wsłuchiwałem się w powolne bicie jego serca - ten miarowy, leniwy rytm działał uspokajająco na moje zszargane nerwy. Mimo wszystko cieszyłem się, że jednak zdecydowałem się wpuścić go do środka, a nie odprawiłem go z kwitkiem tak, jak wtedy miałem zamiar to zrobić. Dzięki rozmowie z nim zrozumiałem wiele istotnych rzeczy - sam nie jestem w stanie pozbierać się po utracie Yutaki, a jedyną osobą, która może mi w tym pomóc jest nikt inny jak demoniczny wokalista. Nie potrafiłem w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć podświadomego wyboru mojego serca - po prostu w obecności Niimury czułem, że jestem w stanie zdobywać szczyty i osiągać rzeczy pozornie dla mnie niemożliwe.
- Takashima? - odezwał się niespodziewanie Tooru. Drgnąłem, gdy jego szorstkie palce wdarły się pod moją koszulkę, niepewnie wytyczając szlaki na delikatnej skórze moich pleców.
Uniosłem na niego wzrok, zaskoczony jego nagłym przypływem pewności siebie. On tylko uśmiechnął się pobłażliwie i palcami drugiej ręki przesunął po moim policzku, a ja, spragniony dotyku drugiej osoby, rozpaczliwie przylgnąłem do jego dłoni, wtulając się w nią. Jego usta rozciągnęły się w lekkim uśmiechu, a już po chwili zakrywały moje własne, subtelnie je muskając. Niemal natychmiast odpowiedziałem na tę delikatną pieszczotę, a przez moje ciało przebiegł przyjemny dreszcz. W tej chwili nie myślałem już o Yutace - skupiłem się tylko na dotyku dłoni Niimury, które niepewnie badały moje ciało, doprowadzając mnie na skraj szaleństwa. Tak bardzo tęskniłem za tym uczuciem...
- Kyyo... - jęknąłem i zachłannie wpiłem się w wargi starszego muzyka. Ten z łatwością wciągnął mnie na swoje kolana i przyciągnął mnie do siebie, zmniejszając dzielącą nas odległość do minimum - Tooru... - szepnąłem gorączkowo, kiedy drżącymi z podniecenia dłońmi odnalazł zapięcie moich spodni, a jego wargi znalazły się na moim odsłoniętym obojczyku. Uległem mu od razu, nie zastanawiając się nad konsekwencjami mojej decyzji. Kai i wszystkie inne moje wątpliwości przestały mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie, gdy chwilę później oddawałem całego siebie Niimurze, a on przyjmował mnie z wdzięcznością, jednocześnie zapewniając mi szanse na lepsze jutro. Jutro, w którym na stronie tytułowej nowego rozdziału w moim życiu widniało zapisane czarnym atramentem jedno słowo "Kyo", a Yutaka Tanabe nie był dla mnie nikim więcej, niż tylko liderem zespołu, w którym jestem gitarzystą.
...pozwól mi wreszcie być szczęśliwym, Kai...