Tytuł: Remember me.
Pairing: Die x Kyo.
Typ: Opowiadanie.
Ostrzeżenia: Używki, alkohol, SM, przekleństwa, sceny 18+.
Tokio nocą wygląda pięknie. Wysokie budynki otulone ze wszystkich stron jedwabiem czarnego nieba wprawiają mnie w zachwyt, a intrygująca gra różnokolorowych świateł zajmuje moje myśli, posyłając wszystkie dręczące mnie problemy w niepamięć. Stojąc na dachu jednego z wieżowców, rozchylając ramiona i przyjmując na siebie chłodne podmuchy wiatru, czuję się wolny. Nieskrępowany i nieposkromiony. Zaślepiony tym uczuciem i pięknem otaczającego mnie krajobrazu, podchodzę do barierki i przechylam się przez nią, patrząc z niezdrowym zaciekawieniem na ludzi przemykających u podnóża drapacza chmur. Są niczym mrówki - mali i nieważni. Bezimienni. Nie stanowią dla mnie żadnego zagrożenia, nie mają ze mną szans. Nie liczą się. Nie liczy się również osoba, która nagle obejmuje mnie ramionami i przyciąga do swojego torsu, szepcząc mi do ucha jakieś wyrzuty. Śmiejąc się wesoło, odchylam głowę w tył i opieram ją na ramieniu stojącego za mną osobnika. Moje nienaturalnie rozszerzone źrenice utwierdzają go w przekonaniu, że po raz kolejny go nie posłuchałem i sięgnąłem po używki. Patrzy na mnie z wyrzutem, jest zawiedziony, a w jego oczach lśnią łzy, jednak czy powinno mnie to obchodzić? Jestem ponad nim, ponad tym miastem, ponad wszystkimi problemami. Jestem wiatrem, jestem powietrzem, jestem... niczym. Nie istnieję. Znów się śmieję, wysuwam się z ramion czerwonowłosego chłopaka i osuwam się na twardą podłogę. Czas dla mnie zwolnił, świat wokół mnie zatrzymał się. Nic się nie liczy, tylko słodka przyjemność i zawroty głowy, które odczuwam. Uginają się pode mną ręce, bezwładnie opadam na beton, jednak ból mnie nie dotyczy. Nie istnieję. Przewracam się na plecy, oczami zasnutymi delikatną mgłą wpatruję się w lśniące na czarnym jedwabiu gwiazdy. Wyciągam ku nim dłonie, chwytam i przyciągam w swoją stronę. Są coraz bliżej mnie. Są... są czarne, jak oczy mężczyzny, który nachyla się nade mną. Zaczyna padać. Czuję krople na swoich policzkach. Jedna z nich spływa po mojej jasnej skórze, zatrzymując się w kąciku ust. Lubieżnie zlizuję ją językiem. Słona. Łza, nie deszcz. Krzywię się z niesmakiem. A on mówi, znowu coś mówi. Porusza wargami, jednak nie wydobywa się spomiędzy nich żaden dźwięk. Bawi mnie. Śmiech, znów się śmieję. Ja, nie on. On wykrzywia swoje opuchnięte wargi w śmieszną podkówkę, chyba jest smutny. Sięgam dłońmi ku jego twarzy, napieram palcami na kąciki jego ust i unoszę je. Uśmiecha się, choć tak naprawdę tego nie robi. Smutek dalej wyziera z jego oczu. Odsuwa moje dłonie od swojej twarzy, przysuwa się jeszcze bliżej i płomieniami swoich włosów zaczyna muskać moje ciało. Nie boli, nie istnieje. Chętnie wyciągam dłoń ku ognistym kosmykom, wplatam pomiędzy nie palce, szarpię za nie. Nie parzą. Są delikatne i gładkie. Znów się śmieję. A on płacze. Płacze tak rzewnie i żałośnie, to tylko wzmaga moją radość. Zamykam oczy i odchylam głowę w tył. Ciemność, cisza. Odpływam...
Gdy się obudziłem, otulała mnie idealna i sterylna biel, która zapewniała mi ciepło oraz ochronę. Spragniony większej ilości przyjemnych bodźców, wtuliłem się w nią i skryłem się w jej ramionach. Wtedy drgnęła nieznacznie i wydała z siebie niezadowolony pomruk. Zaintrygowany tym zadziwiającym zjawiskiem, uchyliłem powieki. Znad białej kołdry wpatrywały się we mnie niezdrowo lśniące tęczówki, przyzdobione sinymi cieniami, które znaczyły jedwabną skórę tuż pod nimi. Westchnąłem. Daisuke. Nim zdążył odezwać się choćby słowem, przesunąłem dłonią po jego policzku, czule i delikatnie gładząc przypruszoną jednodniowym zarostem skórę. Mruknął cicho i nieznacznie rozchylił wargi, gdy musnąłem je czubkami własnych palców. Przez chwilę drażniłem wrażliwą na mój dotyk skórę, a kiedy ciche westchnienia i pomruki przestały mnie satysfakcjonować, przylgnąłem całą powierzchnią swojego ciała do sylwetki mężczyzny. Opływowo poruszyłem biodrami, moja własna męskość otarła się o krocze czerwonowłosego, wyrywając spomiędzy naszych warg dwa ciche jęki. Chciałem ponowić czynność, jednak wtedy napotkałem przeszkodę w postaci dłoni Daisuke, które unieruchomiły moje biodra. Jęknąłem zawiedziony i opadłem na posłanie, posyłając kochankowi pełne wyrzutu spojrzenie spod rzęs.
- To nie czas na przyjemności, Niimura - powiedział poważnie gitarzysta - Jestem na ciebie zły. Robię wszystko, żeby wyciągnąć cię z tego gówna, a ty udajesz potulnego i chętnie chłoniesz moje rady, a kiedy tylko znikam, znowu robisz swoje - warknął wściekle - Aż tak bardzo zależy ci na tym, żeby mnie wkurwić?! Jeśli tak, to perfekcyjnie ci się to udało! Gratuluję!
- Nie dramatyzuj... - westchnąłem znudzony i obojętnym wzrokiem wpatrzyłem się w sufit - Przesadzasz, jak zwykle. Jakie gówno, stary? To nie jest żadna depresja, czy inne pierdoły. Biorę, bo lubię. Wiesz, jak wspaniały jest seks pod wpływem? - spytałem z ekscytacją, sięgając myślami wstecz - Nigdy nie przeżyłeś czegoś, co mogłoby się z tym równać, zapewniam cię...
- Nie mam zamiaru grać w twoje kretyńskie gierki, Kyo... - wysyczał przez zaciśnięte zęby - Mnie w to nie mieszaj.
- Raz, chociaż raz... - przekręciłem się na bok, chcąc skrzyżować swoje spojrzenie z Andou - Zobaczysz, spodoba ci się... - zapewniłem go i posłałem mu prowokujące spojrzenie, w tym samym momencie przesuwając języczkiem po swojej dolnej wardze.
- Zamknij się! - jego ciemne oczy zdawały się ciskać pioruny - Powiedziałem już, że nie mam zamiaru brać! I ty też już nigdy więcej nawet nie powąchasz narkotyków, rozumiesz?!
- Masz zamiar wysłać mnie na odwyk? - spytałem z nutką kpiny w głosie i uniosłem jedną brew do góry.
- Mam zamiar cię pilnować. Wprowadzę się tu, będę cię obserwował dzień i noc - powiedział całkowicie poważnie - Kocham cię i nie mam zamiaru pozwolić ci na stoczenie się na samo dno, rozumiesz? Wiem, że te wizje sprawiają ci przyjemność, jednak... zatraciłeś się w tym. Narkotyki potrafią zmienić człowieka. Nie chcę, żebyś się zgubił gdzieś po drodze. Naprawdę mi na tobie zależy, Niimura... - powiedział już nieco łagodniej i czule pogłaskał mnie po policzku. Odepchnąłem jego dłoń.
- Chyba na moim tyłku - poprawiłem go. Gitarzysta zacisnął usta w wąską kreskę.
- Mylisz się... - przysunął się bliżej mnie i musnął ustami moje czoło - Kocham cię bez względu na wszystko, przecież dobrze o tym wiesz... Przeżyliśmy razem już ponad rok, jak możesz kwestionować moją miłość do ciebie...? - spytał z nutką wyrzutu w głosie.
- Gdybyś mnie kochał, pozwalałbyś mi na wszystko... - odparłem, odsuwając się od niego. Drobny szantaż emocjonalny jeszcze nikomu nie zaszkodził, nieprawdaż?
- Przesadzasz, Niimura! - uniósł się na wyprostowanym ręku - Odszczekaj to! - chwycił mnie za brodę wolną dłonią i zmusił mnie, bym popatrzył w jego oczy, w których odmalowała się cała złość i irytacja, którą odczuwał.
- Do jasnej cholery, Die, lubię cię, ba, nawet kocham, ale nienawidzę, gdy ktoś wpierdala się w moje życie i próbuje coś w nim zmieniać, rozumiesz?! Nie obchodzi mnie, czy jesteś moim kochankiem, siostrą czy matką - moje życie to moja sprawa i nie masz prawa podejmować za mnie decyzji! - wyszarpnąłem się z jego uścisku i czym prędzej odsunąłem się na bezpieczną odległość. Doskonale wiedziałem, że zdenerwowany gitarzysta jest w stanie zabić i najrozsądniejszym wyjściem jest ucieczka z zasięgu jego dłoni. Przekonałem się kiedyś o tym na własnej skórze.
- Mam prawo podejmować za ciebie decyzje, odkąd sam nie radzisz sobie ze swoim życiem... - wysyczał przez zaciśnięte zęby i zmroził mnie wzrokiem. Cała drapieżność w jego oczach i odsłonięte, spiłowane kły sprawiły, że zacząłem odczuwać namiastkę strachu przed tym mężczyzną. Przypominał mi gotowego do skoku lwa, który tylko czeka na odpowiedni moment, aby rzucić się na swoją ofiarę i pozbawić ją życia.
- Opanuj się, Daisuke... - mruknąłem już nieco mniej bojowniczo - Uspokój się, boję się ciebie, gdy zachowujesz się w ten sposób... - dodałem cichym szeptem.
- Boisz...? - na ustach czerwonowłosego rozciągnął się uśmiech, który wywołał dreszcze na moich plecach - Prawidłowo, Kyo... - wolno przysunął się w moją stronę. Nawet nie zdążyłem się cofnąć, gdy nagle jego dłonie mocno chwyciły moje nadgarstki i powaliły mnie na posłanie. Wydałem z siebie rozpaczliwy pisk i spróbowałem wyswobodzić ręce, jednak nie przyniosło to żadnych efektów - uścisk na moich przegubach tylko jeszcze bardziej się wzmocnił. Wtedy czerwonowłosy nachylił się nade mną, czułem jego oddech na swoich wargach, a krótko wystrzępione kosmyki muskały moją twarz. Zadrżałem...
- Die... - spróbowałem jeszcze, jednak Andou przerwał mi, niespodziewanie wpijając się w moje usta. Całował mnie gwałtownie i mocno, niemal brutalnie. Co raz przygryzał zębami moją skórę, rozcinając ją, a później wsuwając ruchliwy język w płytkie nacięcia. Jęczałem z bólu, chciałem żeby przestał. Lubiłem ostre zabawy, jednak w tym momencie nie byłem na to przygotowany. Ból był dla mnie nie do zniesienia, a Daisuke zdawał się świetnie bawić - gdy podgryzanie moich zmaltretowanych już warg mu się znudziło, przeniósł się z torturami na moją szyję. Drażnił newralgiczne punkty językiem, zaś później wgryzał się w nie z całą siłą, wyrywając tym ciche krzyki z mojego gardła.
- Die, przestań...! - jęknąłem rozpaczliwie i po raz kolejny szarpnąłem rękoma - To mnie boli, rozumiesz...?! - wierzgnąłem nogami, próbując zrzucić z siebie gitarzystę. Bez skutku.
- Tooru, kochanie, byłeś niegrzeczny, a to jest kara, na którą sobie zasłużyłeś... - wymruczał tuż przy moim uchu przesączonym erotyzmem głosem - Słodka kara... - wsunął chłodną dłoń pod koszulkę i przesunął nią po moim torsie. Wstrzymałem oddech - Spodoba ci się, zobaczysz... - obiecał i przesunął czubkiem języka po krawędzi mojego ucha. Zacisnąłem mocno powieki, a przez całe moje ciało przebiegł dreszcz, co napotkało się z aprobatą Andou - Taki piękny... - wyszeptał i podwinął moją koszulkę. Odrzuciwszy ją gdzieś na bok, chętnie przyssał się do moich stwardniałych brodawek. Dokładnie pieścił jedną z nich swoim językiem i zasysał się na niej, co doprowadzało mnie na granicę szaleństwa, a ból, który poczułem, gdy ugryzł jeden z moich sutków, tylko spotęgował doznania. Spragniony dotyku ukochanego zajęczałem rozkosznie i wygiąłem się w niewielki łuk. Czerwonowłosy zamruczał z aprobatą i przystąpił do pospiesznego rozpinania moich spodni. Nie sprzeciwiałem się, jedynie posłusznie uniosłem biodra w górę, by ułatwić mu nieco tę czynność. Oczywiście nie omieszkał trochę się ze mną podrażnić - gdy zsunął ze mnie bieliznę, ani trochę nie zainteresował się moją wyprężoną i błagającą o jego dotyk męskością. Obojętnie omijał to strategiczne miejsce, pochłonięty pieszczeniem i podgryzaniem wewnętrznej części moich rozchylonych ud. Wyginałem się pod różnymi kątami i jęczałem, prosząc, aby wreszcie podarował mi to, czego pragnę, jednak on pozostawał niewzruszony. Kontynuował swoją mozolną wędrówkę po mojej oliwkowej skórze, głuchy na moje błagania, a gdy wreszcie zakończył tę czynność - sięgnął dłonią ku swoim bokserkom i zdarł je z siebie jednym sprawnym ruchem. Jęknąłem głucho na widok jego sterczącego podniecenia, wyciągnąłem ku niemu rękę, lecz Andou ją odepchnął i nachylił się nade mną, by następnie wedrzeć się do mojego wnętrza bez przygotowania. Wrzasnąłem najgłośniej, jak tylko potrafiłem, a po moich policzkach potoczyły się łzy. Bolało. Pulsujący w moim wnętrzu członek Die'a rozrywał mnie od środka za każdym razem, gdy chłopak poruszał biodrami. Ignorował mój szloch i krzyki, od czasu do czasu uciszał mnie niezbyt delikatnym pocałunkiem. Pomimo zdecydowania w jego ruchach, wiedziałem, że gitarzysta tak naprawdę jest targany przez wątpliwości. Karanie mnie w ten sposób wcale nie sprawiało mu przyjemności - każdy mój przepełniony bólem jęk ranił jego wrażliwe serce, jednak Daisuke nie zaprzestawał. Był przekonany o słuszności swoich zamierzeń. Kiedy oboje osiągnęliśmy spełnienie, mężczyzna od razu wysunął się z mojego wnętrza i przycisnął mnie do swojego torsu. Pomiędzy wylewnymi przeprosinami szeptał zapewnienia o swojej miłości do mnie i całował mnie czule, chcąc złagodzić ból. Rozumiałem go. Czuł się bezsilny, jego czyny były rozpaczliwymi próbami zatrzymania mnie przy sobie. Tylko że... ja wcale nie miałem zamiaru go opuszczać. Dlaczego reagował w ten sposób? To, że skłaniałem się ku używkom, wcale nie było równoznaczne z tym, że chcę poświęcić temu całe swoje życie, a później je stracić. Brałem tylko od czasu do czasu, by poczuć się lepiej, by choć na chwilę być wolnym od problemów. To była moja ucieczka od rzeczywistości, nie byłem uzależniony. Czemu on musiał to wszystko wyolbrzymiać...?
- Kocham cię, Die... - wyszeptałem, zatapiając się w jego uścisku - Wcale nie mam zamiaru cię opuszczać... - dodałem po chwili, chcąc go uspokoić. Czerwonowłosy przycisnął mnie jeszcze mocniej do swojego torsu i przeczesał palcami moje rozwichrzone włosy.
- Postaw się na moim miejscu, Kyo... - musnął ustami moje odsłonięte czoło - Nie martwiłbyś się o swojego ukochanego, gdybyś był mną? Oddalasz się ode mnie każdego dnia. Okłamujesz mnie... Kiedyś nie mieliśmy przed sobą tajemnic. Mówiłeś mi wszystko... Nawet, gdy zrobiłeś sobie krzywdę, pokazywałeś mi swoje rany i przepraszałeś, a ja nie potrafiłem się wtedy na ciebie złościć... - schował twarz pomiędzy moimi jasnymi kosmykami - Razem przeszliśmy naprawdę wiele, wyleczyłem cię, uczyniłem cię lepszym człowiekiem, a ty nagle... wracasz do punktu wyjścia... Może i się nie kaleczysz, ale ćpasz. To też nałóg, nawet, jeśli wydaje ci się inaczej...
- Zaufaj mi, Die... - objąłem ustami skórę na jego szyi i zassałem się na niej, zostawiając po sobie wezbrałą krwią malinkę - Panuję nad tym wszystkim - spojrzałem mu w oczy i delikatnie pogładziłem go po policzku wierzchem dłoni - Nie musisz się niczego obawiać...
- Nie chcę, żebyś jeszcze kiedyś brał to świństwo... - przesunął ręką wzdłuż mojego kręgosłupa i zacisnął ją na moim pośladku - Ja będę twoim narkotykiem, nic innego nie będzie ci potrzebne...
- Die... - westchnąłem cierpiętniczo - To nie to samo.
- Tooru, proszę... - w rozpaczliwym geście musnął usteczkami moje wargi. Przymknąłem delikatnie powieki.
- Zobaczymy, jak to wszystko się potoczy, Andou. Nie mogę ci niczego obiecać...
- Kyo... - spróbował jeszcze.
Ułożyłem palec wskazujący na jego miękkich wargach i spojrzałem na niego spod rzęs.
- Później do tego wrócimy. Teraz pozwól mi trochę odpocząć... - umościłem się wygodniej na posłaniu. Die podniósł się na przedramieniu, by sięgnąć leżącą u naszych stóp kołdrę i otulić nią moje nagie ciało. Zamruczałem z wdzięcznością.
- Dobrze, Tooru... - odgarnął za moje ucho kilka niesfornych kosmyków, które wpadały mi do oczu - Dobranoc, skarbie... - pocałował mnie w policzek. Mimowolnie się uśmiechnąłem.
- Kolorowych, Andou... - leniwie pogładziłem jego odsłonięte ramię - Śnij o mnie.
Nawet się nie zorientowałem, kiedy odpłynąłem.
niedziela, 23 grudnia 2012
wtorek, 11 grudnia 2012
Jesteś słoneczkiem, kochanie [cz I/II]
Tytuł: Jesteś słoneczkiem, kochanie.
Pairing: Kyo x Shinya.
Typ: Dwupartówka.
Ostrzeżenia: Łagodne sceny erotyczne, nikłe przekleństwa, Die w lateksie i mnóstwo słodyczy.
Po ciężkich angstach, wreszcie przyszedł czas na coś ciepłego i puchatego. Enjoy ^_^
Po raz pierwszy pomyślałem o Niimurze jak o osobie psychicznej, gdy siedzieliśmy całą piątką w salonie, dyskutując o zbliżającym się wielkimi krokami przyjeździe jego rodziców. To było w lutym, dzień przed jego trzydziestymi szóstymi urodzinami. Gruba warstwa śniegu pokrywała ulice i stojące na chodnikach samochody, a przejmujące zimno i chłodny wiatr zapędzały wszystkie żywe dusze do domów, lokując je przed rozpalonymi kominkami. Nikt, kto szanował swoje zdrowie nie wyściubiał w tym czasie nosa z ciepłego mieszkanka - nawet ci co bardziej aktywni sportowo porzucili swoje codzienne przechadzki i zamawiali jedzenie przez internet. Tak było i z nami - kilka tygodni wcześniej zaplanowaliśmy z chłopakami urodzinową wycieczkę dla Tooru, jednak zbyt niska temperatura i przymrozek pokrzyżowały nasze plany. Postanowiliśmy więc po prostu spędzić ten czas wspólnie, popijając alkoholowe drinki i wspominając stare czasy, gdy ja paradowałem na scenie w spódniczkach, a Die z umiłowaniem nosił lateksowe kreacje.
Byliśmy już nieźle wstawieni, kiedy Kyo poinformował nas o wizycie jego rodziców, która ma odbyć się w niedalekiej przyszłości. Jego rodzina wprosiła się na kilka dni do jego mieszkania, by poznać jego śliczną narzeczoną, o której pisał im w listach przy każdej sposobności. Sęk w tym, że Niimura od kilku lat jest zadeklarowanym homoseksualistą, a jego partnerem życiowym jestem ja - nic mi nie wiadomo o żadnej jasnowłosej piękności, jaką jest Raim Terachi. I nawet nie dopuszczałem do siebie możliwości, by Tooru miał romans.
- Że po co przyjeżdżają twoi starzy?! - przepity i nienaturalnie wysoki głos Toshyi wywołał u wszystkich zebranych nienaturalną radość. Die zsunął się z kanapy na podłogę, wylewając zawartość swojego kieliszka na mój idealnie śnieżnobiały dywan i ryknął gromkim śmiechem. Wywróciłem oczami. Chyba nigdy nie dopiorę tej czerwonej plamy po wytrawnym winie.
- No, no, Kyo! - gitarzyście z trudem przyszło dojście do siebie i zaczerpnięcie oddechu - Nieźle wkopałeś naszego perkusistę! - opadł na kanapę tuż obok Kaoru, który pogrążony w swoich własnych myślach, nie zwracał uwagi na otaczającą go rzeczywistość.
Wypowiedź Daisuke zasiała we mnie ziarenko niepewności, przez co posłałem Niimurze spłoszone spojrzenie. Wokalista podrapał się w tył głowy z zakłopotaniem.
- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że-... - nie zdążyłem dokończyć, gdyż wypowiedź przerwał mi wesoły pisk Toshiyi, który machał pustą butelką po sake.
- Shin-chan będzie musiał przebrać się za babę! - basista przechylił się przez siedzenie, omal się z niego nie przewalając, a Die znowu wybuchnął głośnym śmiechem, który ściągnął drugiego gitarzystę na ziemię. Jego spojrzenie było niemal tak samo przerażone, jak moje własne.
- Nie mam zamiaru odstawiać szopki przed twoimi rodzicami! - zbuntowałem się i już miałem wstać, jednak
błagalne spojrzenie Kyo oraz jego oplatające mnie w pasie ramiona utrzymały mnie w miejscu.
- Shin-chan... - schował zarumienioną twarz pomiędzy moimi łopatkami - To tylko kilka dni...
- Kilka dni?! - wrzasnąłem jak rozhisteryzowana panienka. Procenty krążące w moich żyłach robiły swoje - A jak im wytłumaczysz to, że nigdy nie będą mieli wnuków, bo ich słodka synowa nie ma macicy?!
- Zaadoptujcie dziecko - mruknął Kaoru, a jego głos brzmiał śmiertelnie poważnie. Teraz to ja miałem ochotę sturlać się na dywan i ryknąć głośnym śmiechem. Oni wszyscy chyba mnie wkręcali...
- Ach, to ukryta kamera, tak?! - rozejrzałem się po pomieszczeniu, starając się odnaleźć jakieś oznaki tego, że moi przyjaciele zwyczajnie sobie ze mnie żartowali, jednak moje poszukiwania okazały się bezowocne - Prawda...? - spytałem po chwili już mniej pewny swojej tezy.
- Shinya, ja mówię poważnie... - do moich uszu dobiegł cichy szept siedzącego za mną Kyo - Zresztą, skarbie... Kilka lat temu nie miałeś oporów, by przebierać się za kobietę i paradować po scenie w kusych spódnicach, więc w czym teraz problem? Chcę tylko, żebyś poznał moich rodziców i zamienił z nimi kilka słów. To tyle, Shinya. Wynagrodzę ci to...
Zrezygnowany opadłem na jego kolana i pozwoliłem pocałować się w policzek. Straciłem nadzieję. Chyba jednak będę musiał wcielić się w rolę Raim, którą wykreował mój kochanek. Mogłem mieć tylko nadzieję, że Kyo nie popuścił wodzy fantazji i nie uczynił z niej tykającej seksbomby z wielkimi piersiami, chociaż znając jego dobrze rozwiniętą wyobraźnię, to była jedna z bardziej prawdopodobnych wersji.
- Żadnych lateksowych miniówek - burknąłem, wreszcie ulegając, a na twarzy Tooru pojawił się promienny uśmiech, który był jednym z najpiękniejszych, jakie miałem szansę kiedykolwiek ujrzeć. Błagam, niech mnie ktoś stąd zabierze...
- Więc się zgadzasz?! - spytał z nadzieją. Niechętnie skinąłem głową. Obym tylko nie żałował swojej decyzji...
- Kochanie, ratujesz nam tyłek! - oplatające mnie w pasie ramiona Niimury pozbawiły mnie tchu.
- Kiedy przyjeżdżają...? - szepnąłem, gdy tylko udało mi się wyrwać z jego morderczego uścisku. Kyo posłał mi kolejny szeroki uśmiech.
- Pojutrze - odpowiedział radośnie i przesunął opuszkami palców po moich udach. Miałem ochotę płakać i wyć z rozpaczy. Zapowiada się ciekawy tydzień...
Następnego dnia, gdy tylko udało nam się przezwyciężyć kaca, wraz z Kyo odnaleźliśmy swoje ciepłe, skórzane kożuchy i chwyciliśmy za łopaty, by wykopać naszego skromnego smarta spod zaspy śniegu, która zakryła go całkowicie. Już po niespełna godzinie pędziliśmy groszkowym maluchem po ulicach Tokio w stronę jednej z mniejszych galerii handlowych, w której planowaliśmy uzupełnić nasze zapasy żywnościowe oraz zakupić kilka spódniczek dla Raim - czyli wymyślonej przez Tooru kuzynki, którą miałem odgrywać przed jego rodzicami. Krążąc po rozmaitych sklepach z odzieżą kłóciłem się z Niimurą niemal o każdą rzecz, która rzuciła mu się w oczy.
- Chyba sobie żartujesz! - krzyknąłem na widok ciemnej miniówki, trzymanej przez mojego kochanka - To ledwie zakryje jej tyłek! Ona nie lubi takich ubrań!
- A skąd ty to możesz wiedzieć?! - fuknął z oburzeniem Tooru, który zdawał się kompletnie nie zwracać uwagi na ekspedientki, posyłające nam zdziwione spojrzenia - Takie spódniczki są modne w tym sezonie!
- Nie możesz wybrać czegoś mniej rzucającego się w oczy? - mruknąłem, przedzierając się pomiędzy wieszakami ku sukience w bladoróżowym kolorze, zaprezentowanej na jednym z manekinów - Na przykład czegoś takiego? Zobacz, jest ładna, dziewczęca i sięga przed kolana.
- I jest dla kompletnie płaskich desek, bo nie ma dekoltu - wywrócił oczami. Niemal zagotowałem się ze złości. Niimura miał zdecydowanie zbyt wygórowane wymagania.
- Czy widzisz, żebym miał jakieś cycki?! - wrzasnąłem poirytowany, nieświadomie ściągając na siebie całą uwagę przebywających w sklepie ekspedientek i innych kobiet, które dokonywały zakupów - Nie mogę nosić dekoltów, bo nie mam cycków, czy to do ciebie nie dociera?!
- Przepraszam, czy mogę panom jakoś pomóc? - zbliżająca się ku nam dziewczyna z obsługi miała niemal tak bardzo zażenowaną minę, jak ja. Moje policzki pokryły się intensywnym, czerwonym rumieńcem.
- Czy on wejdzie w tę sukienkę? - śmiertelnie poważny Niimura wskazał palcem najpierw na mnie, a później na kreację, którą wybrałem. Blondynka podrapała się z zakłopotaniem po policzku.
- Sądzę, że tak... - odparła po krótkiej chwili - Ma idealną figurę.
- Czy mogłaby pani wybrać dla mnie jeszcze kilka innych rzeczy, które by na niego pasowały? Najlepiej niech będą jakieś pastelowe i dziewczęce do bólu. I przed kolana.
Kobieta pokiwała jedynie głową i z pośpiechem skierowała się ku magazynowi. Zawstydzony schowałem się za jednym z manekinów, chcąc uniknąć zaciekawionych spojrzeń innych klientek. Tooru natomiast wyszczerzył się z zadowoleniem.
- Widzisz? Nie było aż tak źle - pstryknął mnie w nos. Posłałem mu urażone spojrzenie.
- Było fatalnie! - jęknąłem i schowałem twarz w dłoniach. Rumieniec nie schodził z moich policzków - Teraz wszyscy myślą, że lubię się przebierać w damskie ciuszki.
Wokalista ułożył dłoń na moim ramieniu i pogładził je delikatnie.
- Przynajmniej masz pewność, że nie dorzucę do naszego koszyka żadnych lateksowych kiecek. Poza tym, pociesz się tym, że nie dość, że będziesz najlepiej ubrany w całym Tokio, bo ubrania wybiera ci znająca się na rzeczy ekspedientka, to jeszcze będziesz wyglądał w tym lepiej niż 50% japonek, bo masz idealną figurę. Same pozytywy!
- Jesteś niemożliwy, Tooru! - wyrwałem się z jego uścisku i uciekłem z zasięgu rąk Niimury, który w tym samym momencie został zawołany przez blondynkę, z którą przed chwilą rozmawiał. Po zapłaceniu za zakupy i odebranie od niej torby wypchanej po brzegi damskimi ciuszkami, opuścił sklep, triumfalnie się uśmiechając. Ruszyłem za nim, ledwie powłócząc nogami. Już zacząłem żałować swojej decyzji.
- Jeszcze tylko salon piękności i fryzjer! - uświadomił mnie, uśmiechając się przy tym szeroko - Zrobię z ciebie takie bóstwo, że rodzona matka cię nie pozna!
Chyba nie mogło być jeszcze gorzej...
Kilka godzin później, gdy wreszcie mogłem zrzucić z siebie przeokropnie ciężki kożuch i uwolnić moje nogi od niewygodnych kozaków, opadłem z ciężkim westchnieniem na kanapę, natomiast Tooru usadowił się na stojącym nieopodal fotelu. Na jego twarzy odmalował się uśmiech, a w jego oczach lśniły iskierki radości. Gdy tak promieniał szczęściem, przypominał mi wielkie, żółte słoneczko z dorysowaną na jego powierzchni zadowoloną buzią. Humor Niimury musiał mi się udzielić, bo zaśmiałem się cicho.
- Co cię tak bawi, kociaku? - nachylił się nade mną z zaciekawieniem, a jego jasne kosmyki połaskotały mnie po twarzy. Wyciągnąłem dłoń, by pogładzić go po policzku.
- Jesteś słoneczkiem, kochanie - sunąłem opuszkami palców po jego skórze z coraz większą zachłannością.
- Och, nagle zmieniłem się z "z tego cholernego popaprańca" w słonko? - zmarszczył brwi. Parsknąłem śmiechem, przypominając sobie naszą kłótnię w samochodzie.
- Przestałem się dąsać... - musnąłem wargami jego usta. Zamruczał z zadowoleniem.
- Cieszę się... - przesunął językiem po mojej dolnej wardze - Do twarzy ci w lokach i jaśniejszych włosach.
Moje policzki ponownie pokrył rumieniec. Jeszcze nigdy nie byłem tak uległy jak tego dnia.
- Jeśli tobie się podoba, to jestem w stanie zaakceptować tę zmianę... - kąciki moich ust uniosły się w delikatnym uśmiechu. Tooru odpowiedział mi tym samym.
- Mam wielką ochotę zedrzeć z ciebie te ubrania i wziąć na podłodze... - wymruczał prosto w moje wargi. Moje ciało przeszył dreszcz podniecenia - ...ale jutro przyjeżdżają moi rodzice i nie mogę pozwolić na to, żebyś przeleżał cały jutrzejszy dzień w łóżku z bólem tyłka.
- Poradzę sobie... - jęknąłem, wplatając obie dłonie w jego jasne kosmyki. Wyszczerzył się radośnie.
- Zawsze tak mówisz, a potem mnie się obrywa, bo Kaoru musi odwoływać próby - przypomniał mi. Z cichym westchnieniem zabrałem dłonie - Kocham cię - szepnął po chwili i pocałował mnie w czoło. Po mojej klatce piersiowej rozlało się przyjemne ciepło, które natychmiast wypełniło moje serce. Dla Kyo jestem w stanie przecierpieć cały jutrzejszy dzień i jeszcze więcej, jeśli byłoby to konieczne.
- Ja ciebie też - odpowiedziałem bez namysłu, przekręcając się na brzuch. Tooru musnął ustami moje wargi, jednak po niedługim czasie się odsunął.
- Dobrze by było, gdybyś już teraz się położył. Jutro musisz wcześniej wstać, żeby się umalować, ubrać, uczesać... i takie tam - poinformował mnie. Westchnąłem ciężko.
- Jeśli myślisz, że będziesz drzemał, podczas gdy ja będę się zwijał jak w ukropie, to jesteś w błędzie - wytknąłem język. Kyo uniósł brwi - Obudzę cię wcześnie, każę zrobić sobie śniadanie, a potem ubrać i uczesać w warkocze - gdy tylko otworzył usta, by coś powiedzieć, zatkałem mu je palcem - Nawet nie próbuj protestować. Jesteś mi coś winien, pamiętasz?
- Ty mały, wredny diable - mruknął, odsuwając moją dłoń od swojej twarzy - Jesteś okrutny.
- I vice versa, kochanie - zamruczałem z zadowoleniem - I vice versa.
Następnego ranka jakoś nie miałem serca budzić mojego słodko śpiącego ukochanego, więc posyłając tęskne spojrzenie jego umięśnionym ramionom, które teraz zacisnęły się wokół mojej poduszki, samotnie zwlokłem się z łóżka i pomaszerowałem do kuchni, by przygotować nam śniadanie. Nigdy nie byłem mistrzem w te klocki, a gotowanie zawsze pozostawiałem kucharzom z pobliskiej restauracji, więc odpuściłem sobie przygotowywanie jajecznicy i dla własnego bezpieczeństwa zrobiłem jedynie tosty z serem oraz szynką. Na jakimś forum wyczytałem, że idealne uke powinno umieć gotować. I to dobrze gotować oraz zawsze przygotowywać to, co seme sobie zażyczy, zatem wychodziło na to, że byłem miernym ukeru, ale spójrzmy prawdzie w oczy - który z was byłby w stanie poświęcić się dla Kyo tak jak ja i udawać własną kuzynkę przez kilka dni? Podniesiony na duchu, pomaszerowałem z uśmiechem na twarzy i talerzem tostów w dłoniach do mojej sypialni. Odłożywszy tacę z jedzeniem na stół, przystąpiłem do skomplikowanego rytuału budzenia mojego mężczyzny.
- Kyo... - wyszeptałem, nachylając się nad na wpół nagim ciałem blondyna - Kochanie, musisz już wstać... - przesunąłem dłonią po jego odsłoniętej klatce piersiowej, a moje słonko jedynie zamruczało coś z niezadowoleniem i zrzuciło mnie ze swoich bioder, by przekręcić się na drugi bok - Tooru - wypowiedziałem nieco głośniej jego imię i popukałem go delikatnie po ramieniu - Czas wstawać.
- A gdzie mój buziak? - wymamrotał, nawet nie uchylając powiek. Parsknąłem cichym śmiechem i bez słowa sprzeciwu nachyliłem się nad wokalistą, by spełnić jego prośbę. Gdy tylko moje wargi lekko musnęły jego usta, chłopak zamknął mnie w mocnym uścisku swoich ramion i wciągnął do łóżka, na dodatek oplatając mnie nogami, bym na pewno mu nie uciekł. Zacząłem się szamotać, głośno się przy tym śmiejąc.
- K-kyo! - krzyknąłem pomiędzy drobnymi pocałunkami blondyna a spazmami śmiechu - Kyo!
- Coo...? - wymruczał leniwie, zaprzestając atakowania wargami moich ust i twarzy. Uśmiechnąłem się wesoło.
- Zapomniałeś, kto dzisiaj do nas przyjeżdża? - pogładziłem go po policzku. Wykrzywił się z niezadowoleniem.
- Rodzice, pamiętam. Ale nie chcę jeszcze wstawać... - mruknął, chowając twarz w zagłębieniu mojej szyi. Z cichym westchnieniem pogłaskałem go po głowie.
- Miło tu i przyjemnie, ale nie zapominaj, że muszę się jeszcze przygotować i to raczej zajmie mi sporo czasu - pstryknąłem go w nos - A ty musisz mi pomóc.
- Pomogę ci, jeśli nie będziesz się niczym zakrywał, jak będę cię przebierał - postawił mi ultimatum, a moje policzki momentalnie pokryły się czerwonym rumieńcem.
- Dobrze... - zgodziłem się po chwili namysłu. Na twarzy jasnowłosego pojawił się wesoły uśmiech.
- Idź się kąpać, księżniczko, a ja zaopiekuję się naszym śniadaniem - usłyszałem, a już po chwili zostałem wyrzucony z ciepłego łóżka i popchnięty w stronę łazienkowych drzwi. Powlokłem się tam z miną skazańca. W tempie ekspresowym załatwiłem wszystkie czynności związane z ciepłą i pachnącą kokosem kąpielą, a następnie przystąpiłem do układania moich "nowych" włosów, co zajęło mi nieco więcej czasu. Moje jasne kosmyki nie chciały poddać się zakupionej wcześniej lokówce, jednak po długich wojażach z nieszczęsnym sprzętem wreszcie udało mi się ułożyć fryzurę tak, jak pokazała mi wczoraj czesząca mnie fryzjerka. Co prawda efekt nie był tak dobry, jak ten z salonu fryzjerskiego, jednak całkowicie mnie usatysfakcjonował. Dumny ze swoich nadzwyczajnych umiejętności, powróciłem do sypialni. Pijący kawę Kyo zagwizdał z uznaniem.
- Wyglądasz ślicznie - wymruczał znad parującego kubka. Posłałem mu promienny uśmiech.
- Nawet nie wiesz, jak długo walczyłem z tym ustrojstwem... - podszedłem do komody zawalonej damskimi ubraniami i zacząłem przebierać w zakupionych przez nas wczoraj sukienkach.
- Efekt jest wspaniały - pochwalił mnie i upił łyk gorzkiego napoju - Załóż tę bladoróżową z koronką, którą wczoraj wybrałeś - polecił - I ten granatowy kardigan. I ten pasek z różyczką. I rajstopy w kropki.
- Dlaczego akurat to? - spojrzałem na niego ze zdziwieniem. Blondyn wzruszył ramionami.
- Wydaje mi się, że będzie ci w tym do twarzy - mruknął w odpowiedzi - Wczoraj widziałem w telewizji dziewczynę ubraną w podobny strój i wyglądała ślicznie. A potem ktoś ją zgwałcił.
- Czy mi się wydaje, czy planujesz podobną akcję? - parsknąłem, przekopując stertę ubrań w poszukiwaniu wybranej przez Kyo sukienki oraz swetra.
- Być może... - powiedział tajemniczo. Nie potrafiłem pohamować uśmiechu, który cisnął mi się na usta.
- Wręcz nie mogę się doczekać... - wymruczałem, układając odnalezione rzeczy na stojącym nieopodal krześle. Kyo odłożył pusty kubek na szafkę nocną i podszedł do mnie, by następnie szybkim ruchem dłoni pozbawić mnie ręcznika, skrywającego moją nagość. Westchnąłem, kiedy przesunął dłonią po mojej klatce piersiowej.
- Od czego zaczynamy? - spytał, z wątpliwością zerkając na ubrania przewieszone przez oparcie fotela. Sięgnąłem po biały koronkowy stanik i podałem mu go. Uniósł brwi - I co ja mam z tym teraz zrobić?
- Masz pomóc mi to założyć - parsknąłem, odwracając się tyłem do niego. W odbiciu lustra, wiszącego na ścianie naprzeciwko mnie, widziałem wątpliwe spojrzenie Kyo, wpatrującego się we fragment bielizny. Nie potrafiłem powstrzymać śmiechu.
- To nie jest śmieszne - mruknął poważnie, podając mi stanik - Sam to sobie załóż, a ja spróbuję zapiąć.
Odgarnąłem włosy na ramię i przystąpiłem do jakże skomplikowanej czynności zakładania biustonosza, która pokonała mojego mężczyznę. Jednak z zapinaniem stanika nie miał aż tak wielkich problemów.
- Masz zamiar to czymś wypchać? - spytał, zerkając na moje odbicie w lustrze. Skinąłem delikatnie głową.
- Kupiłeś wkładki. Powinny pasować - odparłem i sięgnąłem po jasne bokserki. Wokalista spojrzał na mnie z kpiną.
- Naprawdę chcesz włożyć to pod rajstopy? - westchnął z dezaprobatą.
- Nie mam innego wyjścia - wzruszyłem ramionami - Sukienka jest długa, zakryje je.
- Zdaję się na ciebie - uniósł dłonie w obronnym geście - W końcu to nie ja będę w tym paradował.
Wywróciłem oczami i w pośpiechu wsunąłem bokserki na swoje biodra, a następnie spojrzałem z ukosa na opakowanie jasnych rajstop w kropki. Wspominałem już, że żałuję swojej decyzji?
- Na co czekasz? - ponaglił mnie Kyo i podał mi pudełko z rajtuzami - Same się nie włożą.
- Chyba jednak nie chcę tego zakładać... - mruknąłem cicho. Kiedy napotkałem nieustępliwe spojrzenie Niimury, bez słowa sprzeciwu otworzyłem opakowanie i posłusznie usiadłem na krawędzi łóżka, by następnie zabrać się za mozolne wsuwanie rajstop na swoje nogi.
- Grzeczny chłopiec - pochwalił mnie Tooru, który aktualnie opierał się o komodę, starając się odpalić papierosa.
- Nie pal w sypialni - skarciłem go. Parsknął krótkim śmiechem.
- Zachowujesz się jak prawdziwa kobieta - wyszczerzył się - Może zaraz dostanę ochrzan za to, że jadłem śniadanie w łóżku?
- Zabiję cię, jeśli nakruszyłeś na moją połowę - z trudem zdusiłem w sobie śmiech. Kyo pokręcił głową z dezaprobatą i zaciągnął się papierosem, który wreszcie udało mu się odpalić. Zamruczał, gdy dym wypełnił jego płuca.
- Boże, jakie to jest obcisłe... - wstałem, naciągając szorstki materiał na swoje biodra - I takie niewygodne.. - jęknąłem.
- Jeśli chcesz być piękny, musisz cierpieć - mruknął i podał mi bladoróżową sukienkę. Z założeniem jej nie miałem żadnych problemów.
- Zapniesz? - odwróciłem się plecami do niego - Tylko nie przepal mi jej, odłóż fajkę.
- Wszystko pod kontrolą - sprawnie zasunął suwak mojej kreacji - Voila. Wyglądasz wspaniale, księżniczko. Dla ciebie nawet mógłbym zmienić orientację.
Z cichym westchnieniem powlokłem się ku wiszącemu na jednej ze ścian lustru i krytycznie się w nim przejrzałem.
- Lepiej nie będzie... - sięgnąłem po wąski pasek z różyczką i oplotłem się nim w pasie, a następnie narzuciłem na siebie granatowy kardigan, który podał mi Kyo.
- Uwierz mi, wyglądasz naprawdę słodko. I przekonywująco. Gdyby ktoś mi powiedział, że jesteś mężczyzną, nie uwierzyłbym... - stojący za mną wokalista oplótł mnie ciasno ramionami i złożył drobny pocałunek na mojej szyi. Westchnąłem, opierając głowę o jego obojczyk.
- Mam to potraktować jako komplement? - spojrzałem na jego odbicie.
- Naturalnie... - delikatnie pogłaskał mnie po brzuchu. Ponownie cicho westchnąłem - Rozchmurz się, kochanie. Powiedziałem już, że ci to wynagrodzę.
- Zrobisz wszystko, o co cię poproszę? - odwróciłem się twarzą w jego stronę. Blondyn wolno skinął głową - Dobrze! - na mojej twarzy odmalował się uśmiech. Wokalista pogłaskał mnie po policzku.
- Poradzisz sobie z makijażem? - spytał, zjeżdżając opuszkami palców na moją szyję. Kiwnąłem głową w odpowiedzi.
- Oczywiście - odparłem - Ale nie jestem pewien, czy ty poradzisz sobie z ogarnianiem salonu.
- Dam radę - pocałował mnie w czoło - Ale najpierw wezmę prysznic.
Zapowiada się ciężki dzień...
piątek, 9 listopada 2012
Względnie szczęśliwy cz. I
Tytuł: Względnie szczęśliwy.
Pairing: Obecnie Aoi x Uruha.
Typ: Opowiadanie złożone z kilku partów.
Ostrzeżenia: Sceny erotyczne, wulgarny język.
Jestem szczęśliwy w swoim związku - powtórzyłem w myślach po raz kolejny i sięgnąłem po stojącą na drugim końcu stolika butelkę, by napełnić swoje usta złotawym, palącym przełyk płynem. Jestem szczęśliwy w swoim związku, jestem szczęśliwy w swoim związku i kocham Yuu, który jest pieprzonym ideałem. Z cichym westchnieniem ponowiłem poprzednią czynność i ułożyłem głowę na stoliku. Chłód bijący od jego blatu złagodził moją migrenę, jednak nic nie podziałałoby na nią tak dobrze, jak pudełko tabletek przeciwbólowych, których jest pełno w moim mieszkaniu. W którym jest też i napalony Shiroyama, więc czemu mnie tam nie ma?! Ach, no tak. Bo jestem szczęśliwy w swoim związku. Zaraz, Takashima, chyba pomyliłeś kwestie. To jesteś szczęśliwy w tym związku, czy jednak nie i to dlatego teraz szlajasz się po rozmaitych klubach, wypijając szklankę szkockiej za szklanką? Czy nie chciałbyś, aby Yuu gładził teraz twoją rozpaloną skórę, ssał stwardniałe sutki, a potem zajął się twoją błagającą o odrobinę uwagi, sterczącą męskością? Chciałbyś tego, pragniesz seksu, właściwie to pragniesz stosunku z kimkolwiek. Chcesz tylko zaspokoić swoje dzikie żądze, nic poza tym. I to dlatego tutaj siedzisz. Czekasz na jakiegoś frajera, który połasi się na pijaną, zapłakaną potworę, topiącą swoje smutki w wiadrze z whisky. Jesteś żałosny, Takashima. Jesteś żałosną kurwą, która nie potrafi docenić tego, co posiada i wciąż zachłannie prosi o więcej.
Owszem, jestem. Dlatego, kiedy do mojego stolika dosiadł się niezbyt przystojny przyjemniaczek, zamiast poczęstować go słodkim "zabieraj stąd swoja dupę", okraszonym odpowiednią dawką przekleństw, pozwoliłem mu naruszać moją przestrzeń osobistą. Był równie pijany i zdesperowany co ja, jednak na pewno nie wyglądał lepiej ode mnie - miał przekrwione oczy, zaczerwieniony nos i poważnie trąciło od niego alkoholem. Nie zwracałem na to uwagi i udałem się za nim do toalet, kiedy poprosił mnie o przysługę. Zamknąłem się wraz z nim w jednej z kabin i posłusznie uklęknąłem na zimnych kafelkach, pozwalając mu na wplecenie swoich brudnych palców pomiędzy moje wypielęgnowane, pofarbowane na rudy kolor loki. Bez obrzydzenia zamknąłem usta na jego niewielkim, zaczerwienionym kutasie i zacząłem go ssać. Ssać bez opamiętania, poruszając przy tym głową i zamykając powieki. Kiedy mu obciągałem, nie wyobrażałem sobie sylwetki rozpalonego do granic czerwoności Yuu - o dziwo nie miałem problemów z przyswojeniem wiadomości, iż właśnie opierdalam laskę jakiemuś frajerowi, którego poznałem pięć minut temu w barze. To nie miało dla mnie znaczenia, liczył się dla mnie tylko obrzydliwie gorzki smak jego spermy, gdy spuścił się w moje usta. Nie potrafiłem przełknąć jego soków, nachyliłem się nad muszlą klozetową i wyplułem tam zawartość swoich ust. Mimo to, chłopak wydawał się być usatysfakcjonowany, nawet wyciągnął z portfela jakieś drobniaki i wcisnął mi je do ręki, kiedy opuszczał kabinę. W osłupieniu przyjrzałem się trzymanym przez siebie monetom i przeliczyłem je. Świetnie. Nie dość, że zostałem kurwą, to jeszcze wyjątkowo tanią kurwą, która chętnie obciąga kutasy za równowartość jednego drinka z najniższej kategorii.
Gdy już miałem podnieść się z podłogi, coś szalenie zawibrowało w mojej kieszeni. Niechętnie sięgnąłem po moją komórkę. Na jej wyświetlaczu pojawiało się zdjęcie Yuu, które zrobiłem mu kilka dni temu oraz jego numer telefonu. Odebrać, czy nie odebrać? Oto jest pytanie. Nawet, jeśli odbiorę, to co mu powiem? "Cześć, kochanie, właśnie skończyłem obciągać jakiemuś frajerowi w barze, zaraz ładuję dupę w taryfę i za chwilkę będę w domu"? To nie przejdzie. Z rezygnacją odrzuciłem połączenie i wyłączyłem aparat. Nie potrafiłem wyznać Shiroyamie prawdy nawet, jeśli nie miałem oporów przed tym, by zrobić loda kompletnie obcemu facetowi. Aoi był szczęśliwy u mojego boku, a ja, nie potrafiąc oprzeć się jego wesołemu uśmiechowi, udaję, że go kocham. Pozwalam się pieścić i niczym specjalnie zaprogramowany robot powtarzam, że jest spełnieniem moich marzeń, a ja chcę spędzić resztę swojego życia u jego boku. I w ten oto sposób wygląda moje życie od ładnych trzech lat. Co tydzień szlajam się po różnych klubach, pijąc na umór i kurwiąc się z nowo poznanymi mężczyznami. Od czasu do czasu nie kończy się tylko na symbolicznym "lodzie" i idę na całość, dając się pieprzyć w publicznych toaletach. Już niżej upaść nie mogłem.
Z ciężkim westchnieniem dźwignąłem się na nogi i szybkim ruchem dłoni wrzuciłem garść brzęczących monet do muszli klozetowej. Jestem kurwą, ale nie prostytutką. A to zasadnicza różnica.
Opuściłem kabinę i udałem się w stronę umywalek, aby przemyć twarz chłodną wodą. Nie przyniosło to żadnych pozytywnych rezultatów - wciąż byłem wrakiem człowieka, z tym, że teraz byłem wrakiem człowieka z zamoczoną kurtką i jeszcze bardziej rozmazanym makijażem. Machnąłem ręką na swój obecny stan i nieco chwiejnym krokiem opuściłem toalety. Siedzącym w kącie pomieszczenia brodatym mężczyznom nie przeszkadzał tragiczny wygląd - oblizali lubieżnie swoje popękane wargi, znajdując w mojej sylwetce coś pociągającego i zagwizdali na mnie. Wywróciłem oczami i pozdrowiwszy ich swoim środkowym palcem, opuściłem lokal.
Tej nocy chłód zdawał się być nie do zniesienia. Gdy tylko opuściłem wnętrze baru, zimne powietrze uderzyło we mnie, wprawiając moje ciało w drżenie. Było zimno, zimno jak skurwysyn, a fakt, że wokół nie przejeżdżała absolutnie żadna taryfa tylko jeszcze bardziej mnie zdołował. Mam wracać do domu na piechotę w takie zimno? Dobre żarty.
Stanąłem na krawędzi chodnika i wyciągnąłem dłoń, chcąc złapać któryś z przejeżdżających obok samochodów, lecz wszyscy kompletnie ignorowali moją obecność, zapewne spiesząc się do domów i swoich rodzin albo brzydząc się jakąś pijaną kurwą z rozmazanym makijażem. Ta druga opcja wydawała się bardziej prawdopodobna, a kiedy miałem zabrać dłoń i poddać się całkowicie, zatrzymał się przede mną czarny, sportowy samochód. Wyglądał dosyć znajomo, a gdy jedna z jego szyb uchyliła się, ukazując twarz Shiroyamy, zachwiałem się na nogach. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Czemu, do jasnej cholery, on nie siedzi w domu, grzecznie czekając na mój powrót?! Przygryzłem nerwowo dolną wargę i pozwoliłem lśniącym lokom przysłonić moją twarz.
- Wsiadaj... - jego głos był cichy i przygaszony, jednak nie usłyszałem w nim nutki złości - Wsiadaj - ponaglił mnie, kiedy nie wykonałem nawet najdrobniejszego ruchu, by spełnić jego rozkaz. W końcu jednak jakby ocknąłem się i wyciągnąłem dłoń, by otworzyć sobie drzwi, a następnie wsiadłem do samochodu i jak na grzecznego chłopca przystało, zapiąłem pas. Yuu już więcej się nie odezwał, po prostu zacisnął swoje słodkie, malinowe wargi w wąską kreskę i ruszył z miejsca, uprzednio wyłączając światła awaryjne.
Przymknąłem powieki i oparłem głowę o ogrzewany fotel. Co mu teraz powiem? Jak wytłumaczę swoją obecność w tym obskurnym barze? Jak usprawiedliwię to, dlaczego jestem napruty jak messerschmit i czemu, do jasnej cholery, wyglądam jak po ostrej orgii w klubie dla gejów?!
Jednak on nie oczekiwał ode mnie wyjaśnień. Po prostu milczał, czujnym okiem obserwując sytuację na drodze. O czym teraz myślał? Czy wreszcie domyślił się wszystkiego? Och, ile dałbym za to, by poznać myśli kłębiące się w głowie Shiroyamy...
- O czym myślisz...? - spytałem nieśmiało i wolno uchyliłem powieki. Yuu spojrzał na mnie przez chwilę i odwrócił głowę, by ponownie skupić swój wzrok na drodze przed nami.
- O tobie... - wyznał szczerze, mocniej zaciskając palce na kierownicy - Kouyou, co cię podkusiło, żeby przychodzić do tak obskurnego miejsca i to jeszcze o tak później porze? Przecież coś mogło ci się stać, ktoś mógł cię skrzywdzić... Wiesz, jak się o ciebie martwię, gdy tak znikasz? Nigdy nie wiem, gdzie możesz być, nie masz jakiegoś takiego stałego miejsca, w którym pojawiasz się, gdy coś cię trapi... Ty po prostu zaszywasz się w lokalach takich jak ten i pijesz, pijesz na umór. Alkohol to nie rozwiązanie, Uruha...
- Przynajmniej nie ćpam - mruknąłem, jednak było to wątpliwe pocieszenie, które tylko jeszcze bardziej rozjuszyło Aoi'ego. Prychnął cicho i posłał mi krótkie, zirytowane spojrzenie. Przesadziłem. Muszę być ostrożniejszy...
- Jesteś alkoholikiem, ale przynajmniej nie ćpasz i się nie kurwisz! Brawo Takashima, możesz być z siebie dumny! - syknął. Mylisz się, Shiroyama. Nawet nie wiesz, jak bardzo się mylisz...
- Nie krzycz... - szepnąłem i wyciągnąłem ku niemu dłoń, którą czarnowłosy od razu chwycił.
- Przepraszam... - odpowiedział, czule gładząc moją rękę.
Nagle poczułem, jak zaczynają mnie piec oczy. Odwróciłem głowę w stronę szyby i mocno zacisnąłem zęby na mojej dolnej wardze. W mojej głowie zrodziło się teraz mnóstwo pytań, których wcześniej sobie nie zadawałem. Dlaczego ja tak właściwie go zdradzam? W chwili obecnej, nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Dlaczego? Nie wiem. Po prostu to robię. Czegoś brakuje mi w tym związku, ale do jasnej cholery czego, skoro Shiroyama to chodzący ideał, który w dzień jest czułym i troskliwym kochankiem, zaś w nocy zamienia się w pełną erotyzmu, seksualną bestię? Czego więcej mógłbym oczekiwać od tego mężczyzny, skoro już osiągnął apogeum doskonałości?
Być może powodem mojego niezadowolenia jest ten perfekcjonizm, który wprowadził do naszego związku rutynę? Każdy dzień wygląda przecież tak samo - rankiem jestem budzony i karmiony przez Shiroyamę, później razem wychodzimy do pracy, a wieczorem kochamy się w łóżku. Zawsze w łóżku. Wiele razy prowokowałem Yuu, by zaliczył mnie w innym miejscu, niż nasza sypialnia, jednak on jest staroświecki i uznaje seks na stole kuchennym jako abstrakcyjne oraz niemoralne zjawisko. Inni mężczyźni, z którymi spotykałem się w niewiedzy Aoiego, brali mnie w różnych miejscach i różnych pozycjach, na dodatek nie byli tacy delikatni, jak on. Jednak ból w trakcie stosunku nie przeszkadzał mi, wręcz przeciwnie - jeszcze bardziej mnie nakręcał i potęgował doznania. Było to dla mnie coś nowego. Coś, czego jeszcze nigdy wcześniej nie doświadczyłem i zakochałem się w tym słodkim cierpieniu już od pierwszej chwili. Shiroyama, gdy prosiłem go o coś podobnego, nigdy nie potrafił mi tego dać. Zatem zacząłem szukać mężczyzn, którzy będą spełniać wszystkie moje seksualne zachcianki - od SM aż po lateksowe spódniczki i gumowe wibratory. Być może byłem jedynie dziwką w ich oczach, ale nie miało dla mnie to żadnego znaczenia. Nie obchodziło mnie ich zdanie na mój temat, liczyła się tylko przyjemność i satysfakcja, którą mi dawali. To, że po seksie zostawiali mnie bez słowa, schodziło na dalszy plan. Adrenalina i dziki orgazm wynagradzały mi wszystko, czego się dopuścili po stosunku.
Kiedy zajechaliśmy na miejsce, Aoi zatrzymał samochód na podjeździe, a następnie opuścił pojazd i okrążył go, by otworzyć przede mną drzwi. Podziękowałem mojemu dżentelmenowi bladym uśmiechem, po czym skierowałem się w stronę wejścia do naszego domu. Był niewielki, ale nowoczesny i od razu przypadł nam do gustu. Pamiętam, że nie musieliśmy zbyt długo zastanawiać się nad jego kupnem - klucze do niego odebraliśmy tego samego dnia, w którym go oglądaliśmy. Cena nie grała dla nas roli, wprowadziliśmy się niemal od razu.
Gdy zatrzymałem się przed wejściem, wyciągnąłem dłoń i nacisnąłem klamkę, a drzwi magicznie ustąpiły pod naporem mojej ręki. Wiedziałem, że Yuu jak zwykle zapomniał zamknąć je na klucz. Nigdy tego nie robił. Zawsze, gdy się spieszył, wychodził z domu w takim stanie, w jakim się w danej chwili znajdował. Potrafił opuścić mieszkanie w samej pidżamie i udać się do sklepu, bo podczas popołudniowych zakupów zapomniał o tabliczce białej czekolady dla mnie.
Wszedłem do środka budynku, a czarnowłosy podążał tuż za mną. Gdy tylko zamknąłem za nami drzwi wejściowe, gitarzysta niespodziewanie przyparł mnie do jednej ze ścian w przedpokoju i przesunął nosem po odsłoniętej skórze na mojej szyi, zaś swoje dłonie oparł po obu stronach mojej głowy. Mimowolnie westchnąłem, delikatnie przymykając przy tym powieki.
- Musimy porozmawiać, Uruha... - wyszeptał, muskając wargami skórę mojego obojczyka.
- O czym...? - spomiędzy moich warg uszedł cichy jęk, gdy czarnowłosy stanowczo rozchylił moje nogi, by zagłębić pomiędzy nimi swoje kolano i lekko potrzeć nim moje krocze. Jego poczynania skutecznie rozpraszały moje myśli...
- O twoich notorycznych "ucieczkach"... - odpowiedział, zjeżdżając dłońmi na mój tors, który zaczął masować przez materiał ciemnej koszulki. Popatrzyłem na niego spod rzęs - Dlaczego to robisz...?
- Wiesz, że mam problemy z alkoholem, a w domu nie pozwalasz mi pić... - skłamałem bez chwili wahania - To silniejsze ode mnie. Nawet nie wiem, kiedy wychodzę i w jaki sposób znajduję się w barze...
- Mh... - mruknął w odpowiedzi. Wydawał się być przekonany moim kłamstwem - Powinieneś pójść z tym problemem do lekarza... - odparł po chwili.
- Chcesz mnie wysłać na odwyk? - uniosłem brwi w zdziwieniu i westchnąłem, kiedy palce Yuu musnęły moje stwardniałe sutki.
- Chcę ci pomóc. Nieważne w jaki sposób. Twoje zdrowie jest dla mnie najważniejsze.
- Wątroba jest tylko jedna, wiem - wywróciłem oczami, nagle przypominając sobie kolejną z reprymend Yutaki. Chyba naprawdę zacząłem wczuwać się w odgrywany przez siebie teatrzyk, jednak działało to tylko na moją korzyść. Będę dużo bardziej wiarygodny - Brzmisz jak Kai!
- Nie chodzi mi tylko o twoją wątrobę, Uruha... - przyznał cichym szeptem i gestem zmusił mnie do spojrzenia sobie prosto w oczy, które wyrażały teraz głęboki smutek - Nie widzisz tego, jak bardzo się ode mnie oddalasz? Jeszcze niedawno spędzaliśmy razem każdy wieczór, a teraz praktycznie częściej jesteś poza domem niż u mojego boku... - rozpaczliwie musnął moje wargi i przylgnął do mnie całym ciałem, by poczuć moje ciepło - Nie mogę pozwolić ci tak po prostu się rozpaść... Zbyt wiele dla mnie znaczysz, bym mógł cię zostawić sam na sam z tym nałogiem, więc proszę, zdecyduj się na podjęcie leczenia. Będę cię wspierał. Wyjdziesz z tego, obiecuję... - mocno objął mnie ramionami i przycisnął do swojego umięśnionego torsu. Z cichym westchnieniem odwzajemniłem uścisk, a następnie wtuliłem nos w zagłębienie w jego szyi. Nieświadomie zaciągnąłem się jego zapachem, który otumanił mnie niemal w takim samym stopniu, jak pity niedawno alkohol - Zrobisz to dla mnie? - przesunął dłonią po moich plecach w uspokajającym geście i zakradł się chłodną dłonią pod koszulkę. Moje ciało zareagowało niemal od razu, po łopatkach przebiegł mi przyjemny dreszcz, a spomiędzy delikatnie uchylonych warg uszedł cichy pomruk.
- Zastanowię się... - odparłem po chwili wahania i objąłem ustami miękką skórę na obojczyku czarnowłosego, zostawiając po sobie czerwony, wezbrały krwią chłopaka ślad.
- Kouyou... - ton głosu gitarzysty zdradzał, iż on wcale nie jest on usatysfakcjonowany moją odpowiedzią i oczekiwał czegoś innego. Z ciężkim westchnieniem wysunąłem się z jego uścisku i okrążyłem go. Ta rozmowa mnie wyczerpywała. Nie mogłem po prostu przystać na propozycję chłopaka - w końcu jak mam wyleczyć coś, czego u mnie nie zdiagnozowano? Problem nie leży w moim zamiłowaniu do alkoholu, lecz w mojej głębokiej depresji, która popycha mnie do zaglądania do kieliszka. Jednak nawet i jej nie zamierzam wyeliminować - obecny stan rzeczy mi odpowiada. Póki co...
- Porozmawiamy o tym jutro - szepnąłem na odchodnym, nawet nie patrząc na kochanka przez ramię. Czułem jego intensywny i zrozpaczony wzrok na swoich plecach, ale nie odwróciłem się w jego stronę. Tylko mocniej zacisnąłem wargi i przygryzłem dolną, nabrzmiałą od pocałunków wargę.
Tę noc spędziliśmy w osobnych pokojach.
Pairing: Obecnie Aoi x Uruha.
Typ: Opowiadanie złożone z kilku partów.
Ostrzeżenia: Sceny erotyczne, wulgarny język.
Jestem szczęśliwy w swoim związku - powtórzyłem w myślach po raz kolejny i sięgnąłem po stojącą na drugim końcu stolika butelkę, by napełnić swoje usta złotawym, palącym przełyk płynem. Jestem szczęśliwy w swoim związku, jestem szczęśliwy w swoim związku i kocham Yuu, który jest pieprzonym ideałem. Z cichym westchnieniem ponowiłem poprzednią czynność i ułożyłem głowę na stoliku. Chłód bijący od jego blatu złagodził moją migrenę, jednak nic nie podziałałoby na nią tak dobrze, jak pudełko tabletek przeciwbólowych, których jest pełno w moim mieszkaniu. W którym jest też i napalony Shiroyama, więc czemu mnie tam nie ma?! Ach, no tak. Bo jestem szczęśliwy w swoim związku. Zaraz, Takashima, chyba pomyliłeś kwestie. To jesteś szczęśliwy w tym związku, czy jednak nie i to dlatego teraz szlajasz się po rozmaitych klubach, wypijając szklankę szkockiej za szklanką? Czy nie chciałbyś, aby Yuu gładził teraz twoją rozpaloną skórę, ssał stwardniałe sutki, a potem zajął się twoją błagającą o odrobinę uwagi, sterczącą męskością? Chciałbyś tego, pragniesz seksu, właściwie to pragniesz stosunku z kimkolwiek. Chcesz tylko zaspokoić swoje dzikie żądze, nic poza tym. I to dlatego tutaj siedzisz. Czekasz na jakiegoś frajera, który połasi się na pijaną, zapłakaną potworę, topiącą swoje smutki w wiadrze z whisky. Jesteś żałosny, Takashima. Jesteś żałosną kurwą, która nie potrafi docenić tego, co posiada i wciąż zachłannie prosi o więcej.
Owszem, jestem. Dlatego, kiedy do mojego stolika dosiadł się niezbyt przystojny przyjemniaczek, zamiast poczęstować go słodkim "zabieraj stąd swoja dupę", okraszonym odpowiednią dawką przekleństw, pozwoliłem mu naruszać moją przestrzeń osobistą. Był równie pijany i zdesperowany co ja, jednak na pewno nie wyglądał lepiej ode mnie - miał przekrwione oczy, zaczerwieniony nos i poważnie trąciło od niego alkoholem. Nie zwracałem na to uwagi i udałem się za nim do toalet, kiedy poprosił mnie o przysługę. Zamknąłem się wraz z nim w jednej z kabin i posłusznie uklęknąłem na zimnych kafelkach, pozwalając mu na wplecenie swoich brudnych palców pomiędzy moje wypielęgnowane, pofarbowane na rudy kolor loki. Bez obrzydzenia zamknąłem usta na jego niewielkim, zaczerwienionym kutasie i zacząłem go ssać. Ssać bez opamiętania, poruszając przy tym głową i zamykając powieki. Kiedy mu obciągałem, nie wyobrażałem sobie sylwetki rozpalonego do granic czerwoności Yuu - o dziwo nie miałem problemów z przyswojeniem wiadomości, iż właśnie opierdalam laskę jakiemuś frajerowi, którego poznałem pięć minut temu w barze. To nie miało dla mnie znaczenia, liczył się dla mnie tylko obrzydliwie gorzki smak jego spermy, gdy spuścił się w moje usta. Nie potrafiłem przełknąć jego soków, nachyliłem się nad muszlą klozetową i wyplułem tam zawartość swoich ust. Mimo to, chłopak wydawał się być usatysfakcjonowany, nawet wyciągnął z portfela jakieś drobniaki i wcisnął mi je do ręki, kiedy opuszczał kabinę. W osłupieniu przyjrzałem się trzymanym przez siebie monetom i przeliczyłem je. Świetnie. Nie dość, że zostałem kurwą, to jeszcze wyjątkowo tanią kurwą, która chętnie obciąga kutasy za równowartość jednego drinka z najniższej kategorii.
Gdy już miałem podnieść się z podłogi, coś szalenie zawibrowało w mojej kieszeni. Niechętnie sięgnąłem po moją komórkę. Na jej wyświetlaczu pojawiało się zdjęcie Yuu, które zrobiłem mu kilka dni temu oraz jego numer telefonu. Odebrać, czy nie odebrać? Oto jest pytanie. Nawet, jeśli odbiorę, to co mu powiem? "Cześć, kochanie, właśnie skończyłem obciągać jakiemuś frajerowi w barze, zaraz ładuję dupę w taryfę i za chwilkę będę w domu"? To nie przejdzie. Z rezygnacją odrzuciłem połączenie i wyłączyłem aparat. Nie potrafiłem wyznać Shiroyamie prawdy nawet, jeśli nie miałem oporów przed tym, by zrobić loda kompletnie obcemu facetowi. Aoi był szczęśliwy u mojego boku, a ja, nie potrafiąc oprzeć się jego wesołemu uśmiechowi, udaję, że go kocham. Pozwalam się pieścić i niczym specjalnie zaprogramowany robot powtarzam, że jest spełnieniem moich marzeń, a ja chcę spędzić resztę swojego życia u jego boku. I w ten oto sposób wygląda moje życie od ładnych trzech lat. Co tydzień szlajam się po różnych klubach, pijąc na umór i kurwiąc się z nowo poznanymi mężczyznami. Od czasu do czasu nie kończy się tylko na symbolicznym "lodzie" i idę na całość, dając się pieprzyć w publicznych toaletach. Już niżej upaść nie mogłem.
Z ciężkim westchnieniem dźwignąłem się na nogi i szybkim ruchem dłoni wrzuciłem garść brzęczących monet do muszli klozetowej. Jestem kurwą, ale nie prostytutką. A to zasadnicza różnica.
Opuściłem kabinę i udałem się w stronę umywalek, aby przemyć twarz chłodną wodą. Nie przyniosło to żadnych pozytywnych rezultatów - wciąż byłem wrakiem człowieka, z tym, że teraz byłem wrakiem człowieka z zamoczoną kurtką i jeszcze bardziej rozmazanym makijażem. Machnąłem ręką na swój obecny stan i nieco chwiejnym krokiem opuściłem toalety. Siedzącym w kącie pomieszczenia brodatym mężczyznom nie przeszkadzał tragiczny wygląd - oblizali lubieżnie swoje popękane wargi, znajdując w mojej sylwetce coś pociągającego i zagwizdali na mnie. Wywróciłem oczami i pozdrowiwszy ich swoim środkowym palcem, opuściłem lokal.
Tej nocy chłód zdawał się być nie do zniesienia. Gdy tylko opuściłem wnętrze baru, zimne powietrze uderzyło we mnie, wprawiając moje ciało w drżenie. Było zimno, zimno jak skurwysyn, a fakt, że wokół nie przejeżdżała absolutnie żadna taryfa tylko jeszcze bardziej mnie zdołował. Mam wracać do domu na piechotę w takie zimno? Dobre żarty.
Stanąłem na krawędzi chodnika i wyciągnąłem dłoń, chcąc złapać któryś z przejeżdżających obok samochodów, lecz wszyscy kompletnie ignorowali moją obecność, zapewne spiesząc się do domów i swoich rodzin albo brzydząc się jakąś pijaną kurwą z rozmazanym makijażem. Ta druga opcja wydawała się bardziej prawdopodobna, a kiedy miałem zabrać dłoń i poddać się całkowicie, zatrzymał się przede mną czarny, sportowy samochód. Wyglądał dosyć znajomo, a gdy jedna z jego szyb uchyliła się, ukazując twarz Shiroyamy, zachwiałem się na nogach. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Czemu, do jasnej cholery, on nie siedzi w domu, grzecznie czekając na mój powrót?! Przygryzłem nerwowo dolną wargę i pozwoliłem lśniącym lokom przysłonić moją twarz.
- Wsiadaj... - jego głos był cichy i przygaszony, jednak nie usłyszałem w nim nutki złości - Wsiadaj - ponaglił mnie, kiedy nie wykonałem nawet najdrobniejszego ruchu, by spełnić jego rozkaz. W końcu jednak jakby ocknąłem się i wyciągnąłem dłoń, by otworzyć sobie drzwi, a następnie wsiadłem do samochodu i jak na grzecznego chłopca przystało, zapiąłem pas. Yuu już więcej się nie odezwał, po prostu zacisnął swoje słodkie, malinowe wargi w wąską kreskę i ruszył z miejsca, uprzednio wyłączając światła awaryjne.
Przymknąłem powieki i oparłem głowę o ogrzewany fotel. Co mu teraz powiem? Jak wytłumaczę swoją obecność w tym obskurnym barze? Jak usprawiedliwię to, dlaczego jestem napruty jak messerschmit i czemu, do jasnej cholery, wyglądam jak po ostrej orgii w klubie dla gejów?!
Jednak on nie oczekiwał ode mnie wyjaśnień. Po prostu milczał, czujnym okiem obserwując sytuację na drodze. O czym teraz myślał? Czy wreszcie domyślił się wszystkiego? Och, ile dałbym za to, by poznać myśli kłębiące się w głowie Shiroyamy...
- O czym myślisz...? - spytałem nieśmiało i wolno uchyliłem powieki. Yuu spojrzał na mnie przez chwilę i odwrócił głowę, by ponownie skupić swój wzrok na drodze przed nami.
- O tobie... - wyznał szczerze, mocniej zaciskając palce na kierownicy - Kouyou, co cię podkusiło, żeby przychodzić do tak obskurnego miejsca i to jeszcze o tak później porze? Przecież coś mogło ci się stać, ktoś mógł cię skrzywdzić... Wiesz, jak się o ciebie martwię, gdy tak znikasz? Nigdy nie wiem, gdzie możesz być, nie masz jakiegoś takiego stałego miejsca, w którym pojawiasz się, gdy coś cię trapi... Ty po prostu zaszywasz się w lokalach takich jak ten i pijesz, pijesz na umór. Alkohol to nie rozwiązanie, Uruha...
- Przynajmniej nie ćpam - mruknąłem, jednak było to wątpliwe pocieszenie, które tylko jeszcze bardziej rozjuszyło Aoi'ego. Prychnął cicho i posłał mi krótkie, zirytowane spojrzenie. Przesadziłem. Muszę być ostrożniejszy...
- Jesteś alkoholikiem, ale przynajmniej nie ćpasz i się nie kurwisz! Brawo Takashima, możesz być z siebie dumny! - syknął. Mylisz się, Shiroyama. Nawet nie wiesz, jak bardzo się mylisz...
- Nie krzycz... - szepnąłem i wyciągnąłem ku niemu dłoń, którą czarnowłosy od razu chwycił.
- Przepraszam... - odpowiedział, czule gładząc moją rękę.
Nagle poczułem, jak zaczynają mnie piec oczy. Odwróciłem głowę w stronę szyby i mocno zacisnąłem zęby na mojej dolnej wardze. W mojej głowie zrodziło się teraz mnóstwo pytań, których wcześniej sobie nie zadawałem. Dlaczego ja tak właściwie go zdradzam? W chwili obecnej, nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Dlaczego? Nie wiem. Po prostu to robię. Czegoś brakuje mi w tym związku, ale do jasnej cholery czego, skoro Shiroyama to chodzący ideał, który w dzień jest czułym i troskliwym kochankiem, zaś w nocy zamienia się w pełną erotyzmu, seksualną bestię? Czego więcej mógłbym oczekiwać od tego mężczyzny, skoro już osiągnął apogeum doskonałości?
Być może powodem mojego niezadowolenia jest ten perfekcjonizm, który wprowadził do naszego związku rutynę? Każdy dzień wygląda przecież tak samo - rankiem jestem budzony i karmiony przez Shiroyamę, później razem wychodzimy do pracy, a wieczorem kochamy się w łóżku. Zawsze w łóżku. Wiele razy prowokowałem Yuu, by zaliczył mnie w innym miejscu, niż nasza sypialnia, jednak on jest staroświecki i uznaje seks na stole kuchennym jako abstrakcyjne oraz niemoralne zjawisko. Inni mężczyźni, z którymi spotykałem się w niewiedzy Aoiego, brali mnie w różnych miejscach i różnych pozycjach, na dodatek nie byli tacy delikatni, jak on. Jednak ból w trakcie stosunku nie przeszkadzał mi, wręcz przeciwnie - jeszcze bardziej mnie nakręcał i potęgował doznania. Było to dla mnie coś nowego. Coś, czego jeszcze nigdy wcześniej nie doświadczyłem i zakochałem się w tym słodkim cierpieniu już od pierwszej chwili. Shiroyama, gdy prosiłem go o coś podobnego, nigdy nie potrafił mi tego dać. Zatem zacząłem szukać mężczyzn, którzy będą spełniać wszystkie moje seksualne zachcianki - od SM aż po lateksowe spódniczki i gumowe wibratory. Być może byłem jedynie dziwką w ich oczach, ale nie miało dla mnie to żadnego znaczenia. Nie obchodziło mnie ich zdanie na mój temat, liczyła się tylko przyjemność i satysfakcja, którą mi dawali. To, że po seksie zostawiali mnie bez słowa, schodziło na dalszy plan. Adrenalina i dziki orgazm wynagradzały mi wszystko, czego się dopuścili po stosunku.
Kiedy zajechaliśmy na miejsce, Aoi zatrzymał samochód na podjeździe, a następnie opuścił pojazd i okrążył go, by otworzyć przede mną drzwi. Podziękowałem mojemu dżentelmenowi bladym uśmiechem, po czym skierowałem się w stronę wejścia do naszego domu. Był niewielki, ale nowoczesny i od razu przypadł nam do gustu. Pamiętam, że nie musieliśmy zbyt długo zastanawiać się nad jego kupnem - klucze do niego odebraliśmy tego samego dnia, w którym go oglądaliśmy. Cena nie grała dla nas roli, wprowadziliśmy się niemal od razu.
Gdy zatrzymałem się przed wejściem, wyciągnąłem dłoń i nacisnąłem klamkę, a drzwi magicznie ustąpiły pod naporem mojej ręki. Wiedziałem, że Yuu jak zwykle zapomniał zamknąć je na klucz. Nigdy tego nie robił. Zawsze, gdy się spieszył, wychodził z domu w takim stanie, w jakim się w danej chwili znajdował. Potrafił opuścić mieszkanie w samej pidżamie i udać się do sklepu, bo podczas popołudniowych zakupów zapomniał o tabliczce białej czekolady dla mnie.
Wszedłem do środka budynku, a czarnowłosy podążał tuż za mną. Gdy tylko zamknąłem za nami drzwi wejściowe, gitarzysta niespodziewanie przyparł mnie do jednej ze ścian w przedpokoju i przesunął nosem po odsłoniętej skórze na mojej szyi, zaś swoje dłonie oparł po obu stronach mojej głowy. Mimowolnie westchnąłem, delikatnie przymykając przy tym powieki.
- Musimy porozmawiać, Uruha... - wyszeptał, muskając wargami skórę mojego obojczyka.
- O czym...? - spomiędzy moich warg uszedł cichy jęk, gdy czarnowłosy stanowczo rozchylił moje nogi, by zagłębić pomiędzy nimi swoje kolano i lekko potrzeć nim moje krocze. Jego poczynania skutecznie rozpraszały moje myśli...
- O twoich notorycznych "ucieczkach"... - odpowiedział, zjeżdżając dłońmi na mój tors, który zaczął masować przez materiał ciemnej koszulki. Popatrzyłem na niego spod rzęs - Dlaczego to robisz...?
- Wiesz, że mam problemy z alkoholem, a w domu nie pozwalasz mi pić... - skłamałem bez chwili wahania - To silniejsze ode mnie. Nawet nie wiem, kiedy wychodzę i w jaki sposób znajduję się w barze...
- Mh... - mruknął w odpowiedzi. Wydawał się być przekonany moim kłamstwem - Powinieneś pójść z tym problemem do lekarza... - odparł po chwili.
- Chcesz mnie wysłać na odwyk? - uniosłem brwi w zdziwieniu i westchnąłem, kiedy palce Yuu musnęły moje stwardniałe sutki.
- Chcę ci pomóc. Nieważne w jaki sposób. Twoje zdrowie jest dla mnie najważniejsze.
- Wątroba jest tylko jedna, wiem - wywróciłem oczami, nagle przypominając sobie kolejną z reprymend Yutaki. Chyba naprawdę zacząłem wczuwać się w odgrywany przez siebie teatrzyk, jednak działało to tylko na moją korzyść. Będę dużo bardziej wiarygodny - Brzmisz jak Kai!
- Nie chodzi mi tylko o twoją wątrobę, Uruha... - przyznał cichym szeptem i gestem zmusił mnie do spojrzenia sobie prosto w oczy, które wyrażały teraz głęboki smutek - Nie widzisz tego, jak bardzo się ode mnie oddalasz? Jeszcze niedawno spędzaliśmy razem każdy wieczór, a teraz praktycznie częściej jesteś poza domem niż u mojego boku... - rozpaczliwie musnął moje wargi i przylgnął do mnie całym ciałem, by poczuć moje ciepło - Nie mogę pozwolić ci tak po prostu się rozpaść... Zbyt wiele dla mnie znaczysz, bym mógł cię zostawić sam na sam z tym nałogiem, więc proszę, zdecyduj się na podjęcie leczenia. Będę cię wspierał. Wyjdziesz z tego, obiecuję... - mocno objął mnie ramionami i przycisnął do swojego umięśnionego torsu. Z cichym westchnieniem odwzajemniłem uścisk, a następnie wtuliłem nos w zagłębienie w jego szyi. Nieświadomie zaciągnąłem się jego zapachem, który otumanił mnie niemal w takim samym stopniu, jak pity niedawno alkohol - Zrobisz to dla mnie? - przesunął dłonią po moich plecach w uspokajającym geście i zakradł się chłodną dłonią pod koszulkę. Moje ciało zareagowało niemal od razu, po łopatkach przebiegł mi przyjemny dreszcz, a spomiędzy delikatnie uchylonych warg uszedł cichy pomruk.
- Zastanowię się... - odparłem po chwili wahania i objąłem ustami miękką skórę na obojczyku czarnowłosego, zostawiając po sobie czerwony, wezbrały krwią chłopaka ślad.
- Kouyou... - ton głosu gitarzysty zdradzał, iż on wcale nie jest on usatysfakcjonowany moją odpowiedzią i oczekiwał czegoś innego. Z ciężkim westchnieniem wysunąłem się z jego uścisku i okrążyłem go. Ta rozmowa mnie wyczerpywała. Nie mogłem po prostu przystać na propozycję chłopaka - w końcu jak mam wyleczyć coś, czego u mnie nie zdiagnozowano? Problem nie leży w moim zamiłowaniu do alkoholu, lecz w mojej głębokiej depresji, która popycha mnie do zaglądania do kieliszka. Jednak nawet i jej nie zamierzam wyeliminować - obecny stan rzeczy mi odpowiada. Póki co...
- Porozmawiamy o tym jutro - szepnąłem na odchodnym, nawet nie patrząc na kochanka przez ramię. Czułem jego intensywny i zrozpaczony wzrok na swoich plecach, ale nie odwróciłem się w jego stronę. Tylko mocniej zacisnąłem wargi i przygryzłem dolną, nabrzmiałą od pocałunków wargę.
Tę noc spędziliśmy w osobnych pokojach.
sobota, 27 października 2012
Inconvenient ideal [Aoi x Uruha, Kyo x Uruha]
Tytuł: Inconvenient ideal (link do utworu)
Pairing: Aoi x Uruha, Kyo x Uruha
Typ: Angst.
Ostrzeżenia: Brak.
Nie wiem, co to jest. Po prostu musiałam to napisać. Musiałam sobie ulżyć. Ostatni miesiąc mojego życia, streszczony w kilkunastu zdaniach. Enjoy.
Widuję cię codziennie, choć tak naprawdę wolałbym już nigdy cię nie ujrzeć. Unikam twojego wzroku, uciekam od twoich dłoni, a ty zachowujesz się jak najbardziej normalnie. Nic się nie zmieniłeś - twoje włosy nadal lśnią kruczą czernią, a uśmiech nie znika z twoich słodkich, malinowych ust. Nie cierpisz. Nie tęsknisz. Właśnie to sprawia mi największy ból. Swoim zachowaniem udowadniasz mi, że nigdy nie zależało ci na mnie na tyle, byś przejął się moim obecnym stanem chociaż na ułamek sekundy. Rozpacz po twojej utracie zawładnęła mną, zmieniając nie tylko moje podejście do życia, lecz również wygląd - niegdyś lśniące, wypielęgnowane loki zmieniły się w wystrzępiony, kasztanowy nieład, a delikatna skóra nagle zyskała na szorstkości i wezbrała jasnymi bliznami w niektórych punktach. Nie jestem już tą samą osobą, którą byłem jeszcze dwa miesiące temu. Nie uśmiecham się z taką radością, jak kiedyś. Nie potrafię. Już nie. Moje ciemne oczy lśnią łzami za każdym razem, ilekroć po skończonej próbie zamykasz w swoich ramionach nowy obiekt westchnień. Nie kryjecie się ze swoim uczuciem - całujecie się na moich oczach, sprawiając, że w jednej chwili mam ochotę zamienić trzymaną w dłoniach gitarę na pistolet i popełnić spektakularne samobójstwo. Jednak jedyne, co mogę wtedy zrobić to odwrócenie głowy i powtórzenie sobie samemu po raz kolejny "on nie jest wart twoich łez". Jednak i tak płaczę, gdy tylko zostaję sam w tej przeklętej sali. Szlocham, gdy drżącymi dłońmi odkładam twoją pozostawioną na kanapie gitarę na jej właściwe miejsce. Nikt nie słyszy moich rozpaczliwych błagań, kiedy osuwam się na podłogę, nie mając już siły, by dalej wcielać się w postać dawnego siebie. Nikt nic nie widzi, nikt nic nie wie. A jednak, gdy kilka minut później uchylam powieki, ktoś stoi nade mną. Jest niski, rozczochrany, szpetny. Nie dorównuje ci pod żadnym względem. Ale mimo wszystko wyciągam ku niemu dłoń, a chwilę później zatapiam w jego ramionach, pozwalając otulić się także jego zapachowi, który zamiast uspokoić, tylko drażni moje zmysły. Pachnie alkoholem i papierosami, w tej mieszance wyczuwam jeszcze nutkę jakiejś taniej wody kolońskiej. Ty zawsze pachniałeś drogą, męską Pradą. Moje dłonie suną po jego plecach, pod palcami wyczuwam szorstki materiał, zapewne pochodzący z jakiejś podrzędnej sieciówki. Jego zniszczone ubrania nie mogą równać się z twoimi markowymi kreacjami, jednak to, że w tylu kategoriach jest od ciebie gorszy, po prostu nie ma dla mnie żadnego znaczenia. On mnie kocha. Tak mocno i prawdziwie, że niemal zapiera mi dech w piersiach. Zrobiłby dla mnie wszystko, podczas gdy ty nie mogłeś po prostu być przy mnie, kiedy najbardziej tego potrzebowałem.
Podnosi mnie z podłogi i sadza na twardej kanapie, od razu napieram plecami na jej oparcie. Patrzy na mnie uważnie, jednak nie dostrzegam w jego oczach wyrzutów. Współczuje mi, jest mu przykro. Układa ręce na moich kolanach i przechyla się w moją stronę, woń tytoniu po raz kolejny drażni moje nozdrza, jednak nie potrafię powstrzymać się od zaczerpnięcia powietrza pełną piersią, by dokładnie poczuć jego zapach. Obejmuję go ramionami, drżącymi wargami szepczę jakieś nieudolne przeprosiny, jednak jego usta natychmiast nakrywają moje i przerywają mi w pół słowa. Kiedy odrywa się ode mnie, mówi spokojnym tonem, wpatrując się w moje załzawione tęczówki. "Wiem, że nadal go kochasz. Nie musisz nic więcej mówić". Owszem, kocham jego. Ale to za ciebie mógłbym oddać życie...
Pairing: Aoi x Uruha, Kyo x Uruha
Typ: Angst.
Ostrzeżenia: Brak.
Nie wiem, co to jest. Po prostu musiałam to napisać. Musiałam sobie ulżyć. Ostatni miesiąc mojego życia, streszczony w kilkunastu zdaniach. Enjoy.
Widuję cię codziennie, choć tak naprawdę wolałbym już nigdy cię nie ujrzeć. Unikam twojego wzroku, uciekam od twoich dłoni, a ty zachowujesz się jak najbardziej normalnie. Nic się nie zmieniłeś - twoje włosy nadal lśnią kruczą czernią, a uśmiech nie znika z twoich słodkich, malinowych ust. Nie cierpisz. Nie tęsknisz. Właśnie to sprawia mi największy ból. Swoim zachowaniem udowadniasz mi, że nigdy nie zależało ci na mnie na tyle, byś przejął się moim obecnym stanem chociaż na ułamek sekundy. Rozpacz po twojej utracie zawładnęła mną, zmieniając nie tylko moje podejście do życia, lecz również wygląd - niegdyś lśniące, wypielęgnowane loki zmieniły się w wystrzępiony, kasztanowy nieład, a delikatna skóra nagle zyskała na szorstkości i wezbrała jasnymi bliznami w niektórych punktach. Nie jestem już tą samą osobą, którą byłem jeszcze dwa miesiące temu. Nie uśmiecham się z taką radością, jak kiedyś. Nie potrafię. Już nie. Moje ciemne oczy lśnią łzami za każdym razem, ilekroć po skończonej próbie zamykasz w swoich ramionach nowy obiekt westchnień. Nie kryjecie się ze swoim uczuciem - całujecie się na moich oczach, sprawiając, że w jednej chwili mam ochotę zamienić trzymaną w dłoniach gitarę na pistolet i popełnić spektakularne samobójstwo. Jednak jedyne, co mogę wtedy zrobić to odwrócenie głowy i powtórzenie sobie samemu po raz kolejny "on nie jest wart twoich łez". Jednak i tak płaczę, gdy tylko zostaję sam w tej przeklętej sali. Szlocham, gdy drżącymi dłońmi odkładam twoją pozostawioną na kanapie gitarę na jej właściwe miejsce. Nikt nie słyszy moich rozpaczliwych błagań, kiedy osuwam się na podłogę, nie mając już siły, by dalej wcielać się w postać dawnego siebie. Nikt nic nie widzi, nikt nic nie wie. A jednak, gdy kilka minut później uchylam powieki, ktoś stoi nade mną. Jest niski, rozczochrany, szpetny. Nie dorównuje ci pod żadnym względem. Ale mimo wszystko wyciągam ku niemu dłoń, a chwilę później zatapiam w jego ramionach, pozwalając otulić się także jego zapachowi, który zamiast uspokoić, tylko drażni moje zmysły. Pachnie alkoholem i papierosami, w tej mieszance wyczuwam jeszcze nutkę jakiejś taniej wody kolońskiej. Ty zawsze pachniałeś drogą, męską Pradą. Moje dłonie suną po jego plecach, pod palcami wyczuwam szorstki materiał, zapewne pochodzący z jakiejś podrzędnej sieciówki. Jego zniszczone ubrania nie mogą równać się z twoimi markowymi kreacjami, jednak to, że w tylu kategoriach jest od ciebie gorszy, po prostu nie ma dla mnie żadnego znaczenia. On mnie kocha. Tak mocno i prawdziwie, że niemal zapiera mi dech w piersiach. Zrobiłby dla mnie wszystko, podczas gdy ty nie mogłeś po prostu być przy mnie, kiedy najbardziej tego potrzebowałem.
Podnosi mnie z podłogi i sadza na twardej kanapie, od razu napieram plecami na jej oparcie. Patrzy na mnie uważnie, jednak nie dostrzegam w jego oczach wyrzutów. Współczuje mi, jest mu przykro. Układa ręce na moich kolanach i przechyla się w moją stronę, woń tytoniu po raz kolejny drażni moje nozdrza, jednak nie potrafię powstrzymać się od zaczerpnięcia powietrza pełną piersią, by dokładnie poczuć jego zapach. Obejmuję go ramionami, drżącymi wargami szepczę jakieś nieudolne przeprosiny, jednak jego usta natychmiast nakrywają moje i przerywają mi w pół słowa. Kiedy odrywa się ode mnie, mówi spokojnym tonem, wpatrując się w moje załzawione tęczówki. "Wiem, że nadal go kochasz. Nie musisz nic więcej mówić". Owszem, kocham jego. Ale to za ciebie mógłbym oddać życie...
czwartek, 4 października 2012
Szesnasty lutego [Kyo x Shinya]
Tytuł: Szesnasty lutego.
Pairing: Kyo x Shinya.
Typ: Oneshot.
Ostrzeżenia: SM, sceny erotyczne.
Chłodne, zimowe powietrze przebija się przez nieszczelne okna, skutecznie obniżając temperaturę w zaciemnionym pokoju. Drżącymi dłońmi naciągam na siebie skrawek poszarpanego prześcieradła, by choć trochę uchronić moje ciało przed zimnem, lecz nie przynosi to żadnych efektów - wciąż drżę, jeszcze mocniej się kuląc, by zachować przy sobie resztki ciepła. Skostniałymi palcami przesuwam po nagich udach, pocieram skórę, chcąc w ten sposób nieco się rozgrzać, jednak to również zawodzi. W końcu wyczerpany, opadam na podłogę, chowając twarz pomiędzy posiniaczonymi kolanami.
Nie mogę poruszać się zbyt gwałtownie. Przy każdym ruchu blizny na moim ciele pieką niemiłosiernie, a świeże rany otwierają się, płacząc krwawymi kroplami, które znaczą wąskie szlaki na mojej alabastrowej skórze. Uwielbiasz ten widok - kochasz czerwień, brutalnie kontrastującą z niewinną bielą. Upodobałeś sobie również blizny, pozostające po płytkich nacięciach i jęki, towarzyszące każdemu z nich. Wzrok twych błyszczących z podniecenia oczu przeraża mnie bardziej, niż zaostrzony koniec twojego noża. Gdy twe tęczówki lśnią niezdrowo, wiem, że nie skończysz tak szybko - będziesz rozkoszował się pozbawianiem mnie resztek godności, znaczeniem mojego ciała. Będziesz upajał się moimi jękami i zagłębiał we mnie, podkreślając moją przynależność do ciebie.
Kulę się jeszcze bardziej, gdy w oddali słyszę twoje ciężkie kroki. Nie zważając na rozrywający mnie ból, staram się unieść z podłogi i wcisnąć w kąt pomieszczenia, jednak gdy ty uchylasz drzwi, jestem dopiero w połowie drogi. Lubieżnie oblizujesz usta, widząc strach w moich oczach, a ja drżę coraz bardziej, gdy zbliżasz się, wyciągając dłoń.
- Nie bój się, Shinya - szepczesz, klękając przede mną. Już nie uciekam, i tak mnie złapiesz. Nie mam szans... - Dzisiaj są moje urodziny. Przygotowałem dla ciebie coś specjalnego... - muskasz opuszkami palców poranioną skórę na moim policzku, a ja spuszczam wzrok, nie mogąc wytrzymać twojego spojrzenia. Następnie wplatasz dłoń w moje włosy i głaszczesz mnie po głowie niemal z czułością. To wszystko sprawia, że zaczynam czuć się jak zwierzę, które swoją łagodnością pragniesz zwabić w pułapkę. I w istocie - tak jest. Nie dziwię się więc, gdy już po chwili wyciągasz zza pleców wąską, jedwabną opaskę.
- N-nie, błagam... - jęczę rozpaczliwie i próbuję się cofnąć, jednak szybkim ruchem dłoni szarpiesz za moje długie włosy i przewalasz mnie na ziemię. Niemal płaczę, kiedy przekręcasz mnie na brzuch i wbijając kolana w moje lędźwie, bym nie uciekł, przewiązujesz kawałkiem materiału moje oczy.
Dziwię się - nigdy wcześniej tego nie robiłeś. Przecież uwielbiasz widzieć strach, który odzwierciedla się w moich oczach za każdym razem, gdy mnie dotykasz, nieprawdaż? Kochasz czuć, że masz nade mną władzę, a ja jestem od ciebie zależny i skazany na twoją łaskę.
- Chcę, byś już zawsze był przy mnie, Shin-chan... - nachylasz się nade mną, szepcząc wprost do mojego ucha. Drżę, czując twój ciepły oddech na mojej odsłoniętej skórze - Będziesz...? - pytasz, jednak nawet nie mam zamiaru odpowiedzieć. Zaciskam jedynie mocniej wargi, a ty, zirytowany moim nieposłuszeństwem, boleśnie szarpiesz mnie za włosy. Nie krzyczę i nie błagam o litość - jestem skrajnie wyczerpany, a gardło mam zdarte.
Poczułem ulgę, gdy podniosłeś się, uwalniając moje ciało z uścisku. Odwracam głowę, by na ciebie spojrzeć, jednak robię to odruchowo i niepotrzebnie - przez czarną, jedwabną opaskę nie mogę dojrzeć twej poruszającej się po pokoju sylwetki. Jedynie słyszę twoje kroki tuż przy moim uchu, a wszystkie moje mięśnie spinają się w oczekiwaniu. Co zrobisz? Jakie masz plany na dziś?
Unoszę się na przedramionach, kiedy przez dłuższy czas się nie odzywasz i na oślep wyciągam dłoń, starając się dosięgnąć cię po omacku, jednak pomimo wielu prób, nie mogę cię złapać. Niepewnie podnoszę się do siadu, ale już po chwili wiem, że popełniłem niewybaczalny błąd - znów ląduję na podłodze, a na moim ramieniu wykwita kolejny siniak. Z trudem powstrzymując szloch, kulę się w sobie i przyciskam dłoń do bolącego miejsca, jednak niestety nie przynosi mi to ulgi. Po chwili słyszę, jak coś wypada ci z rąk i z hukiem opada na panele obok mnie - zapewne jest to kij, którym przed chwilą mnie uderzyłeś.
- Nawet nie próbuj uciekać - przestrzegasz mnie. Palące żywym ogniem ramię utwierdza mnie w przekonaniu, że zrobiłeś to nieco za późno, lecz nie wypowiadam głośno swojego stwierdzenia - za bardzo boję się kary, którą mógłbyś mi wymierzyć za niesubordynację - Koniec zabawy - twój głos przecina ciszę, a ja znów słyszę twoje kroki, coraz głośniej i wyraźniej. Zbliżasz się, jednak tym razem już nie uciekam. Jestem pogodzony ze swoim losem, przed którym i tak nie zdołałbym się schronić.
Chwilę później szarpiesz mnie za ramiona i sadzasz na podłodze, a następnie, ulokowawszy się za mną, wykręcasz mi ręce w tył, by - jak to miałeś w zwyczaju - skrępować moje dłonie. Gdy już to zrobiłeś, odsunąłeś się nieco i pociągnąłeś w swoją stronę, bym ułożył się na plecach. Zimno bijące od chłodnych paneli ponownie wprawia moje ciało w drżenie.
- Och, zimno ci...? - pytasz z udawanym przejęciem i przesuwasz dłonią po moim torsie w taki sposób, by podrażnić swoim dotykiem moje stwardniałe brodawki. Syczę, kiedy zaciskasz palce na jednej z nich i boleśnie wbijasz w nią paznokieć - Zaraz cię rozgrzeję, najdroższy. Dzisiejszy dzień będzie specjalny... - obiecujesz.
Nawet nie próbuję rozmyślać o torturach, które dla mnie przygotowałeś; zapewne niedługo na własnej skórze poznam twoje chore zamiary.
Suniesz dłonią po moim nagim torsie, gładząc przy tym opuszkami palców moją napiętą skórę. Znowu drżę - ze strachu, nie przyjemności, a po chwili zaczynam niemal się trząść, kiedy twoja ręka znajduję się pomiędzy moimi ciasno zaciśniętymi udami. Szarpię biodrami, by uciec od twojego dotyku, jednak ty natychmiast unieruchamiasz mnie drugą ręką i ponawiasz wędrówkę palców po jednym z moich najwrażliwszych miejsc. Moje nieposłuszne ciało reaguje na twoje pieszczoty, a ja zaciskam wargi, by tylko nie jęknąć i nie dać ci tej chorej satysfakcji, którą zapewniają ci odgłosy mojej nikłej rozkoszy, jednak łamię się, gdy czuję jeden z twoich palców tuż przy moim wejściu. Zataczasz wokół niego kółka i drażnisz dotykiem zakończenia nerwowe, a mój opór słabnie, stopniowo ci się poddaję. Ponownie zaczynam wierzgać biodrami, lecz tym razem po to, by zachęcić cię do działania. Tak mi dobrze...
Mimo tego, iż nie widzę twojej twarzy, jestem pewien, że twoje usta właśnie wykrzywiły się w triumfalnym uśmieszku, ale to teraz nie ma znaczenia. Chcę więcej ciepła, więcej przyjemności...
- Kyo... - szepczę nieśmiało, a twój palec zagłębia się w moim wnętrzu, wyrywając z ust głośne westchnienie przyjemności. Rozchylam szerzej nogi, gdy wsuwasz go głębiej i zaczynasz nim rytmicznie poruszać - teraz już nie duszę w sobie jęków ani westchnień. To, że akurat ty stoisz za tą falą rozkoszy nie ma dla mnie żadnego znaczenia i przypominam sobie o tym dopiero w chwili, gdy zabierasz dłoń, by wbić się we mnie gwałtownie i bez żadnego uprzedzenia. Krzyczę, a łzy wypływające z moich oczu kończą swoją wędrówkę na jedwabnej opasce, wsiąkając w jej materiał.
Nie czekasz, aż przywyknę do twojej obecności - od razu rozpoczynasz swój szalony bieg ku spełnieniu, niemal rozrywając mnie od środka. Wyrywam się i szarpię z całych sił, jednak mój opór słabnie z każdym twoim ruchem. Wreszcie opadam bezwładnie na podłogę i poddaję się całkowicie, tym samym pozwalając ci na wszystko. Zamykam oczy, starając się skupić swoje myśli na czymś innym, jednak gdy tylko widzisz, że zaczynam odpływać, wymierzasz mi celny cios, który pozostawił czerwony ślad na moim policzku.
- Myśl o mnie, gdy cię pieprzę - warczysz ostrzegawczo i wykonujesz jedno mocniejsze pchnięcie, a ja przygryzam wargę aż do krwi, byle tylko nie krzyknąć. Pochylasz się nade mną, czuję na klatce piersiowej twój ciężar i język zlizujący szkarłatne krople z mojej skóry - Smakujesz cudownie - jęczysz z zachwytem, a po chwili osiągasz spełnienie i rozlewasz się w moim wnętrzu, oznajmiając to przeciągłym, gardłowym jękiem. Wysuwasz się niemal od razu, a krople twojego nasienia spływają po moich udach, mieszając się z czerwienią krwi. Mruczysz, zadowolony i klepiesz mnie po pośladku.
- To jeszcze nie koniec, piękny... - ciarki przechodzą mi po plecach na dźwięk twojego podnieconego głosu. Siłą rozchylasz jeszcze szerzej moje uda i przesuwasz językiem po wewnętrznej stronie jednego z nich. Wykrzywiam się z obrzydzeniem, na szczęście ty nie zauważasz mojego wyrazu twarzy, pochłonięty smakowaniem mojej aksamitnej skóry.
- K-kyo, błagam... - jęczę błagalnie, gdy twoje palce znów wsuwają się do mojego wnętrza, ponownie rozrywając lekko zasklepione rany - P-proszę, przestań... - mój głos drży, a policzki naznaczają mokre ślady, kiedy porzucasz swoją zabawę, a zamiast tego czuję chłodny dotyk stalowego noża na wewnętrznej stronie jednego z ud.
- Przestań skomleć... - warcząc, niezbyt delikatnie zagłębiasz ostrze w mojej białej skórze, a z niewielkich nacięć wypływają kolejne krople krwi. Zlizujesz je i wsuwasz czubek języka pomiędzy rozcięcia, potęgując moje cierpienie. Wiję się pod tobą, prosząc i błagając o to, byś ustąpił, jednak ty pozostajesz niewzruszony. Z zacięciem kontynuujesz realizowanie swoich fantazji, a kiedy kończysz, ja nie mam już siły krzyczeć. Niczym porzucona przez dziecko szmaciana lalka, bezwładnie leżę na podłodze i modlę się o szybką oraz bezbolesną śmierć. Nagle czuję, jak dotykasz mojej twarzy, a później wplatasz palce pomiędzy moje włosy, rozwiązując czarną opaskę, która do tej pory ograniczała mój zmysł wzroku. Mrugam kilkakrotnie, nieprzyzwyczajony do ostrego światła, które przebija się przez rozdarcia w ciemnym materiale zasłon. Niespodziewanie kątem oka dostrzegam szybki ruch twojej dłoni, a już po chwili czuję, jak jakiś twardy i chłodny przedmiot napiera na skórę mojej skroni. Niepewnie odwracam głowę w tamtą stronę, moje oczy spotykają się z lufą niewielkiego pistoletu, który przystawiasz teraz do mojej twarzy. Twój palec wskazujący spoczywa na spuście, gotowy, by nacisnąć go w każdej chwili.
- Umrzemy razem... - mówisz, wolną ręką gładząc mój policzek. Przymykam powieki, pogodzony ze swoim losem. Jeśli uwolnienie się od ciebie jest równoznaczne z utratą życia, chcę umrzeć, wręcz pragnę śmierci.
- Zrób to - szepczę z trudem, a ty wreszcie spełniasz moją prośbę. Po huku, który rozdarł moją czaszkę, słyszę kolejny strzał, a twoje ciało bezwładnie opada na moją klatkę piersiową, pozbawiając mnie tchu. Duszę się, osuwając się w nieprzeniknioną ciemność, a kiedy oddzielam się od mojego ciała i zerkam w twoje martwe oczy, mam ochotę się śmiać. Jestem wolny. I nie czuję już bólu...
Pairing: Kyo x Shinya.
Typ: Oneshot.
Ostrzeżenia: SM, sceny erotyczne.
Chłodne, zimowe powietrze przebija się przez nieszczelne okna, skutecznie obniżając temperaturę w zaciemnionym pokoju. Drżącymi dłońmi naciągam na siebie skrawek poszarpanego prześcieradła, by choć trochę uchronić moje ciało przed zimnem, lecz nie przynosi to żadnych efektów - wciąż drżę, jeszcze mocniej się kuląc, by zachować przy sobie resztki ciepła. Skostniałymi palcami przesuwam po nagich udach, pocieram skórę, chcąc w ten sposób nieco się rozgrzać, jednak to również zawodzi. W końcu wyczerpany, opadam na podłogę, chowając twarz pomiędzy posiniaczonymi kolanami.
Nie mogę poruszać się zbyt gwałtownie. Przy każdym ruchu blizny na moim ciele pieką niemiłosiernie, a świeże rany otwierają się, płacząc krwawymi kroplami, które znaczą wąskie szlaki na mojej alabastrowej skórze. Uwielbiasz ten widok - kochasz czerwień, brutalnie kontrastującą z niewinną bielą. Upodobałeś sobie również blizny, pozostające po płytkich nacięciach i jęki, towarzyszące każdemu z nich. Wzrok twych błyszczących z podniecenia oczu przeraża mnie bardziej, niż zaostrzony koniec twojego noża. Gdy twe tęczówki lśnią niezdrowo, wiem, że nie skończysz tak szybko - będziesz rozkoszował się pozbawianiem mnie resztek godności, znaczeniem mojego ciała. Będziesz upajał się moimi jękami i zagłębiał we mnie, podkreślając moją przynależność do ciebie.
Kulę się jeszcze bardziej, gdy w oddali słyszę twoje ciężkie kroki. Nie zważając na rozrywający mnie ból, staram się unieść z podłogi i wcisnąć w kąt pomieszczenia, jednak gdy ty uchylasz drzwi, jestem dopiero w połowie drogi. Lubieżnie oblizujesz usta, widząc strach w moich oczach, a ja drżę coraz bardziej, gdy zbliżasz się, wyciągając dłoń.
- Nie bój się, Shinya - szepczesz, klękając przede mną. Już nie uciekam, i tak mnie złapiesz. Nie mam szans... - Dzisiaj są moje urodziny. Przygotowałem dla ciebie coś specjalnego... - muskasz opuszkami palców poranioną skórę na moim policzku, a ja spuszczam wzrok, nie mogąc wytrzymać twojego spojrzenia. Następnie wplatasz dłoń w moje włosy i głaszczesz mnie po głowie niemal z czułością. To wszystko sprawia, że zaczynam czuć się jak zwierzę, które swoją łagodnością pragniesz zwabić w pułapkę. I w istocie - tak jest. Nie dziwię się więc, gdy już po chwili wyciągasz zza pleców wąską, jedwabną opaskę.
- N-nie, błagam... - jęczę rozpaczliwie i próbuję się cofnąć, jednak szybkim ruchem dłoni szarpiesz za moje długie włosy i przewalasz mnie na ziemię. Niemal płaczę, kiedy przekręcasz mnie na brzuch i wbijając kolana w moje lędźwie, bym nie uciekł, przewiązujesz kawałkiem materiału moje oczy.
Dziwię się - nigdy wcześniej tego nie robiłeś. Przecież uwielbiasz widzieć strach, który odzwierciedla się w moich oczach za każdym razem, gdy mnie dotykasz, nieprawdaż? Kochasz czuć, że masz nade mną władzę, a ja jestem od ciebie zależny i skazany na twoją łaskę.
- Chcę, byś już zawsze był przy mnie, Shin-chan... - nachylasz się nade mną, szepcząc wprost do mojego ucha. Drżę, czując twój ciepły oddech na mojej odsłoniętej skórze - Będziesz...? - pytasz, jednak nawet nie mam zamiaru odpowiedzieć. Zaciskam jedynie mocniej wargi, a ty, zirytowany moim nieposłuszeństwem, boleśnie szarpiesz mnie za włosy. Nie krzyczę i nie błagam o litość - jestem skrajnie wyczerpany, a gardło mam zdarte.
Poczułem ulgę, gdy podniosłeś się, uwalniając moje ciało z uścisku. Odwracam głowę, by na ciebie spojrzeć, jednak robię to odruchowo i niepotrzebnie - przez czarną, jedwabną opaskę nie mogę dojrzeć twej poruszającej się po pokoju sylwetki. Jedynie słyszę twoje kroki tuż przy moim uchu, a wszystkie moje mięśnie spinają się w oczekiwaniu. Co zrobisz? Jakie masz plany na dziś?
Unoszę się na przedramionach, kiedy przez dłuższy czas się nie odzywasz i na oślep wyciągam dłoń, starając się dosięgnąć cię po omacku, jednak pomimo wielu prób, nie mogę cię złapać. Niepewnie podnoszę się do siadu, ale już po chwili wiem, że popełniłem niewybaczalny błąd - znów ląduję na podłodze, a na moim ramieniu wykwita kolejny siniak. Z trudem powstrzymując szloch, kulę się w sobie i przyciskam dłoń do bolącego miejsca, jednak niestety nie przynosi mi to ulgi. Po chwili słyszę, jak coś wypada ci z rąk i z hukiem opada na panele obok mnie - zapewne jest to kij, którym przed chwilą mnie uderzyłeś.
- Nawet nie próbuj uciekać - przestrzegasz mnie. Palące żywym ogniem ramię utwierdza mnie w przekonaniu, że zrobiłeś to nieco za późno, lecz nie wypowiadam głośno swojego stwierdzenia - za bardzo boję się kary, którą mógłbyś mi wymierzyć za niesubordynację - Koniec zabawy - twój głos przecina ciszę, a ja znów słyszę twoje kroki, coraz głośniej i wyraźniej. Zbliżasz się, jednak tym razem już nie uciekam. Jestem pogodzony ze swoim losem, przed którym i tak nie zdołałbym się schronić.
Chwilę później szarpiesz mnie za ramiona i sadzasz na podłodze, a następnie, ulokowawszy się za mną, wykręcasz mi ręce w tył, by - jak to miałeś w zwyczaju - skrępować moje dłonie. Gdy już to zrobiłeś, odsunąłeś się nieco i pociągnąłeś w swoją stronę, bym ułożył się na plecach. Zimno bijące od chłodnych paneli ponownie wprawia moje ciało w drżenie.
- Och, zimno ci...? - pytasz z udawanym przejęciem i przesuwasz dłonią po moim torsie w taki sposób, by podrażnić swoim dotykiem moje stwardniałe brodawki. Syczę, kiedy zaciskasz palce na jednej z nich i boleśnie wbijasz w nią paznokieć - Zaraz cię rozgrzeję, najdroższy. Dzisiejszy dzień będzie specjalny... - obiecujesz.
Nawet nie próbuję rozmyślać o torturach, które dla mnie przygotowałeś; zapewne niedługo na własnej skórze poznam twoje chore zamiary.
Suniesz dłonią po moim nagim torsie, gładząc przy tym opuszkami palców moją napiętą skórę. Znowu drżę - ze strachu, nie przyjemności, a po chwili zaczynam niemal się trząść, kiedy twoja ręka znajduję się pomiędzy moimi ciasno zaciśniętymi udami. Szarpię biodrami, by uciec od twojego dotyku, jednak ty natychmiast unieruchamiasz mnie drugą ręką i ponawiasz wędrówkę palców po jednym z moich najwrażliwszych miejsc. Moje nieposłuszne ciało reaguje na twoje pieszczoty, a ja zaciskam wargi, by tylko nie jęknąć i nie dać ci tej chorej satysfakcji, którą zapewniają ci odgłosy mojej nikłej rozkoszy, jednak łamię się, gdy czuję jeden z twoich palców tuż przy moim wejściu. Zataczasz wokół niego kółka i drażnisz dotykiem zakończenia nerwowe, a mój opór słabnie, stopniowo ci się poddaję. Ponownie zaczynam wierzgać biodrami, lecz tym razem po to, by zachęcić cię do działania. Tak mi dobrze...
Mimo tego, iż nie widzę twojej twarzy, jestem pewien, że twoje usta właśnie wykrzywiły się w triumfalnym uśmieszku, ale to teraz nie ma znaczenia. Chcę więcej ciepła, więcej przyjemności...
- Kyo... - szepczę nieśmiało, a twój palec zagłębia się w moim wnętrzu, wyrywając z ust głośne westchnienie przyjemności. Rozchylam szerzej nogi, gdy wsuwasz go głębiej i zaczynasz nim rytmicznie poruszać - teraz już nie duszę w sobie jęków ani westchnień. To, że akurat ty stoisz za tą falą rozkoszy nie ma dla mnie żadnego znaczenia i przypominam sobie o tym dopiero w chwili, gdy zabierasz dłoń, by wbić się we mnie gwałtownie i bez żadnego uprzedzenia. Krzyczę, a łzy wypływające z moich oczu kończą swoją wędrówkę na jedwabnej opasce, wsiąkając w jej materiał.
Nie czekasz, aż przywyknę do twojej obecności - od razu rozpoczynasz swój szalony bieg ku spełnieniu, niemal rozrywając mnie od środka. Wyrywam się i szarpię z całych sił, jednak mój opór słabnie z każdym twoim ruchem. Wreszcie opadam bezwładnie na podłogę i poddaję się całkowicie, tym samym pozwalając ci na wszystko. Zamykam oczy, starając się skupić swoje myśli na czymś innym, jednak gdy tylko widzisz, że zaczynam odpływać, wymierzasz mi celny cios, który pozostawił czerwony ślad na moim policzku.
- Myśl o mnie, gdy cię pieprzę - warczysz ostrzegawczo i wykonujesz jedno mocniejsze pchnięcie, a ja przygryzam wargę aż do krwi, byle tylko nie krzyknąć. Pochylasz się nade mną, czuję na klatce piersiowej twój ciężar i język zlizujący szkarłatne krople z mojej skóry - Smakujesz cudownie - jęczysz z zachwytem, a po chwili osiągasz spełnienie i rozlewasz się w moim wnętrzu, oznajmiając to przeciągłym, gardłowym jękiem. Wysuwasz się niemal od razu, a krople twojego nasienia spływają po moich udach, mieszając się z czerwienią krwi. Mruczysz, zadowolony i klepiesz mnie po pośladku.
- To jeszcze nie koniec, piękny... - ciarki przechodzą mi po plecach na dźwięk twojego podnieconego głosu. Siłą rozchylasz jeszcze szerzej moje uda i przesuwasz językiem po wewnętrznej stronie jednego z nich. Wykrzywiam się z obrzydzeniem, na szczęście ty nie zauważasz mojego wyrazu twarzy, pochłonięty smakowaniem mojej aksamitnej skóry.
- K-kyo, błagam... - jęczę błagalnie, gdy twoje palce znów wsuwają się do mojego wnętrza, ponownie rozrywając lekko zasklepione rany - P-proszę, przestań... - mój głos drży, a policzki naznaczają mokre ślady, kiedy porzucasz swoją zabawę, a zamiast tego czuję chłodny dotyk stalowego noża na wewnętrznej stronie jednego z ud.
- Przestań skomleć... - warcząc, niezbyt delikatnie zagłębiasz ostrze w mojej białej skórze, a z niewielkich nacięć wypływają kolejne krople krwi. Zlizujesz je i wsuwasz czubek języka pomiędzy rozcięcia, potęgując moje cierpienie. Wiję się pod tobą, prosząc i błagając o to, byś ustąpił, jednak ty pozostajesz niewzruszony. Z zacięciem kontynuujesz realizowanie swoich fantazji, a kiedy kończysz, ja nie mam już siły krzyczeć. Niczym porzucona przez dziecko szmaciana lalka, bezwładnie leżę na podłodze i modlę się o szybką oraz bezbolesną śmierć. Nagle czuję, jak dotykasz mojej twarzy, a później wplatasz palce pomiędzy moje włosy, rozwiązując czarną opaskę, która do tej pory ograniczała mój zmysł wzroku. Mrugam kilkakrotnie, nieprzyzwyczajony do ostrego światła, które przebija się przez rozdarcia w ciemnym materiale zasłon. Niespodziewanie kątem oka dostrzegam szybki ruch twojej dłoni, a już po chwili czuję, jak jakiś twardy i chłodny przedmiot napiera na skórę mojej skroni. Niepewnie odwracam głowę w tamtą stronę, moje oczy spotykają się z lufą niewielkiego pistoletu, który przystawiasz teraz do mojej twarzy. Twój palec wskazujący spoczywa na spuście, gotowy, by nacisnąć go w każdej chwili.
- Umrzemy razem... - mówisz, wolną ręką gładząc mój policzek. Przymykam powieki, pogodzony ze swoim losem. Jeśli uwolnienie się od ciebie jest równoznaczne z utratą życia, chcę umrzeć, wręcz pragnę śmierci.
- Zrób to - szepczę z trudem, a ty wreszcie spełniasz moją prośbę. Po huku, który rozdarł moją czaszkę, słyszę kolejny strzał, a twoje ciało bezwładnie opada na moją klatkę piersiową, pozbawiając mnie tchu. Duszę się, osuwając się w nieprzeniknioną ciemność, a kiedy oddzielam się od mojego ciała i zerkam w twoje martwe oczy, mam ochotę się śmiać. Jestem wolny. I nie czuję już bólu...
niedziela, 30 września 2012
Moje życie bez Ciebie [Kai x Uruha, Kyo x Uruha]
Tytuł: Moje życie bez Ciebie.
Pairing: Kai x Uruha, Kyo [Dir En Grey] x Uruha.
Typ: oneshot.
Ostrzeżenia: Niecenzuralne słownictwo, alkohol.
Odkąd mnie opuściłeś, każdy kolejny dzień jest przepełniony paraliżującym strachem o nadchodzące jutro, a ja wyczekuję twojego powrotu, niepewnie zerkając w stronę kalendarza. Każda chwila spędzona z dala od ciebie wydaje się być wyblakła, a smutna rzeczywistość szara, jakby wyprana z barw i pozbawiona emocji. Boję się o moją przyszłość, Kai. Jeśli tak ma wyglądać moje życie bez ciebie, nie jestem pewien, czy przetrwam kolejny rok. Byłeś moim prywatnym słońcem - cały mój świat kręcił się wokół ciebie, twoich uśmiechów i perlistego śmiechu. Budziłem się równo z tobą, z uśmiechem na twarzy obserwując nadchodzący wschód. Ucałowawszy mnie w policzek, wstawałeś z posłania i zupełnie nieskrępowany swoją nagością, kierowałeś się do łazienki, a potem do kuchni, by przygotować śniadanie, które przynosiłeś mi do łóżka. Zachody były równie fascynujące, a nawet absorbowały więcej mojej uwagi - wiłem się pod tobą, wykrzykując twoje imię, gdy swoimi ruchami doprowadzałeś mnie do spełnienia, a później opadałeś na pościel obok mnie i przykrywałeś kołdrą. Zasypiałem, otulony twoimi ramionami i zapachem, który koił moje zmysły. A teraz, gdy ciebie zabrakło, wszystko, czego do tej pory zaznałem, okazuje się być pozbawione sensu i niewarte mojego zainteresowania. Nawet gra na gitarze, która do tej pory była moją pasją, przestała mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Instrument, który mi podarowałeś, został zamknięty w czarnym pokrowcu i zniknął gdzieś na strychu, gdzie spędzi kolejne lata w otoczeniu starych, bezwartościowych rupieci. Kiedy jeszcze byłeś przy mnie, uwielbiałeś te chwile, gdy łapałem za akustyka i nieudolnie śpiewając, wygrywałem ci miłosne serenady, przepełnione uczuciami płynącymi wprost z serca. Nie zwracałeś uwagi na mój żałosny śpiew i fałsz, ciągnący się przez całą piosenkę - nagradzałeś moje starania pocałunkiem, wyraźnie dumny z moich umiejętności.
Uśmiecham się pod nosem na samo wspomnienie tych wspólnie spędzonych lat. Wówczas byłem najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Mając cię u mego boku czułem, że niczego więcej już nie potrzebuję. A teraz, jedyne, co mi po tobie zostało, to kilka wyciągniętych starych swetrów, które straciły już twój zapach i kartka, wypełniona twoim pochyłym, ale starannym pismem. W niektórych miejscach atrament jest rozmyty i nieczytelny, jednak to nie stanowi dla mnie żadnego problemu. Znam każde napisane tam słowo na pamięć.
"Ja już tak dłużej nie mogę, Uruha. Tego, co teraz nas łączy, nie możemy nazwać już miłością. Mimo tego, że nasze uczucie wyblakło wieki temu, mieszkamy ze sobą. Dlaczego? Z przyzwyczajenia. Chyba nadszedł już czas, by wreszcie się rozstać, nie uważasz? Ja... wciąż coś do ciebie czuję, ale muszę to w sobie stłumić, a potem zabić. To mnie wyniszcza, nie mogę pozwolić temu istnieć... Odcinam się, opuszczam Tokio, nie szukaj mnie. Nie dzwoń. Kiedy wrócę? Nie wiem. Pewnie wtedy, kiedy zapanuję nad swoim życiem. Wybacz mi..."
Z cichym westchnieniem odkładam pomięty kawałek papieru do szuflady i ocieram wierzchem dłoni samotną łzę, naznaczającą mój policzek. Nie rozumiałem i dalej nie mogę zrozumieć, dlaczego coś takiego napisałeś. Czy byłeś w tym związku nieszczęśliwy? Czy każdy twój uśmiech, przyzdobiony słodkimi dołeczkami w twoich policzkach, był wymuszony? W takim razie świetnie grałeś, bo naprawdę sądziłem, że jestem miłością twojego życia i wspólnie spędzane chwile są dla ciebie wyjątkowe.
Przetarłem twarz dłonią i skierowałem się do kuchni. Przechodząc korytarzem, unikałem wzrokiem naszych wspólnych zdjęć, porozwieszanych na kawowych ścianach, w duchu karcąc się za to, że jeszcze ich stamtąd nie zdjąłem. Minąwszy próg kuchni, od razu skierowałem się do ulubionej części pomieszczenia - stoliczka z ekspresem do kawy. Tą maszynę, podobnie jak wszystko inne, wybraliśmy razem do naszego wspólnego mieszkania... Na litość boską, czy wszystko w tym domu musi mi o tobie przypominać?! Potrząsnąłem z dezaprobatą głową, by pozbyć się nękających mnie myśli i ustawiwszy sporych rozmiarów kubek na małym podwyższeniu, włączyłem automat. Urządzenie zawarczało cichutko, zabulgotało i zaczęło zalewać naczynie życiodajnym płynem. Cień uśmiechu mimowolnie wstąpił na moje usta, gdy głęboko zaciągnąłem się powietrzem - uwielbiałem zapach kawy, zwłaszcza tej świeżo zmielonej. Już wyciągałem dłoń, by sięgnąć po napełniony po brzegi kubek, gdy nagle po mieszkaniu rozniósł się echem dźwięk dzwonka. Zanim udałem się, by otworzyć drzwi, pobieżnie zerknąłem na zegarek - w pół do dwunastej, wieczór. Kto może nachodzić mnie o tej porze?
Zaintrygowany, zostawiłem parujące naczynko w samotności i ruszyłem w stronę przedpokoju, by wpuścić do mieszkania niespodziewanego gościa.
- Kto tam? - spytałem przezornie, nim zdecydowałem się uchylić drzwi. Czemu nigdy wcześniej nie wpadł mi do głowy wspaniały pomysł zamontowania wizjera?
- Otwórz te pieprzone drzwi, zanim przymarznę do tej pierdolonej wycieraczki! - głos dochodzący zza płyty z drewnianej sklejki należał do Kyo. Wkurwionego Kyo - Na dworze jest chyba dwadzieścia stopni na minusie!
- Po co przyszedłeś? - spytałem na tyle głośno, by mógł dobrze mnie usłyszeć. Miałem nadzieję, że to nic pilnego i mogę odwlec nasze spotkanie do czasu, gdy nieco lepiej się poczuję...
- Na pewno nie po to, żeby odmrozić sobie palce! Otwieraj! - wrzasnął, już całkiem nieźle poirytowany.
Wywróciwszy oczami, przekręciłem zamek i wpuściłem do środka zmarzniętego wokalistę. Mijając mnie w drzwiach, posłał mi mrożące krew w żyłach spojrzenie i położywszy na podłodze pokaźnych rozmiarów torbę podróżną, odwiesił swoją skórzaną kurtkę na wybrany przez ciebie wieszak.
- Co to ma być? - spytałem zdziwiony, wskazując palcem na jego walizkę. Jasnowłosy pokręcił głową z dezaprobatą i westchnął ciężko.
- Torba, Shima. Nigdy takiej nie widziałeś? - zironizował, przeczesując palcami potargane włosy.
- Po co ci ona? - wpatrywałem się z niedowierzaniem w twarz niższego mężczyzny.
- Wprowadzam się, Uruha - uświadomił mnie wspaniałomyślnie - Cieszysz się? - dodał po chwili, z uwagą patrząc na moją twarz.
- Oczywiście - odparłem, choć w moim głosie nie brzmiała nawet nutka radości - Szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że szybko przekażesz mi to, co masz do powiedzenia i się zmyjesz.
Jasnowłosy najwyraźniej puścił moją zgryźliwą odpowiedź mimo uszu i nie czekając na moje przyzwolenie, udał się w stronę salonu.
- Pewnie, rozgość się - mruknąłem do jego oddalających się pleców.
- Ach, Uru, złotko... - zatrzymał się na chwilę, by zerknąć na mnie przez ramię - Weź moją torbę. Przez to, że tyle trzymałeś mnie za drzwiami odmroziłem sobie dłonie i nie jestem w stanie sam jej wziąć.
Zdusiłem w sobie przekleństwo i szarpnąwszy za jeden z pasków, z trudem uniosłem walizkę z podłogi, a następnie niemal wlokąc ją po panelach, poszedłem do salonu.
- Co ty tam masz?! - wysyczałem przez zaciśnięte zęby, gdy podnosiłem bagaż wokalisty, by ułożyć go na jednym z foteli.
- Wszystko, co niezbędne - mruknął, rozsiadając się wygodnie na kanapie i sięgając po leżący na stoliku pilot. Zirytowany jego frywolnością, fuknąłem.
- Pewnie, nie krępuj się. Wszystko jest do twojej dyspozycji.
W odpowiedzi posłał mi tylko jadowity uśmiech i nie mówiąc nic, wbił wzrok w ekran telewizora, na którego ekranie aktualnie wyświetlane były wiadomości.
Kiedy zająłem miejsce obok niego, zapanowała długa, niezręczna cisza, którą wreszcie zdecydowałem się przerwać.
- Dlaczego akurat ja? - spytałem, niepewnie na niego zerkając. Odwzajemniwszy moje spojrzenie, zmarszczył brwi w niezrozumieniu - Dlaczego wprowadziłeś się do mnie, a nie do kogoś ze swojego zespołu? - sprostowałem po chwili.
- Byłeś pierwszą osobą, która przyszła mi na myśl - odparł, odwracając głowę. W jego gestach dostrzegłem coś, co mnie zaniepokoiło. Od Tooru Niimury, którego znam, zawsze biła powalająca na kolana pewność siebie, a ten skulony na mojej kanapie blondyn nie przypominał go ani trochę.
- Gadaj, o co chodzi... - westchnąłem cicho. Sprawa musiała być naprawdę poważna, skoro zamiast do któregoś ze swoich bliskich przyjaciół, zwrócił się o pomoc do mnie - przelotnego znajomego, z którym mija się raz na jakiś czas na imprezach okolicznościowych. Cóż... do tych przypadkowych spotkań dochodzi również kilka rozmów przy kawie i zaproszeń na wspólny lunch.
- Nic nie idzie po mojej myśli, Śliczny - wyznał, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem - Świat wali mi się na łeb, sake nie smakuje tak dobrze, jak kiedyś, a kawałki do cholernej płyty same się nie napiszą.
- Nie rozumiem... - mruknąłem, napierając plecami na oparcie burgundowej kanapy - Wszystkie twoje teksty są o bólu, śmierci, bólu, krwi, bólu i-...
- Skończ już - przerwał mi w pół zdania - Zgodnie z twoim tokiem myślowym, czym więcej cierpię, tym więcej weny zyskuję, tak, Śliczny? - spojrzał na mnie kątem oka.
Skinąłem głową, nawet nie siląc się na odpowiedź.
- Wyobraź sobie, że tego rodzaju bólu nie mogę opisać w żadnym z moich tekstów.
Posłałem mu pełne niezrozumienia spojrzenie. Starszy mężczyzna westchnął ciężko i wyłączył głos w telewizorze.
- Nie jestem pieprzonym popowym muzykiem, który śpiewa tylko o zawodach miłosnych, a potem o szczęśliwych zakończeniach - odchylił głowę w tył i zasłonił ją przedramieniem.
Zaskoczony, niemal poderwałem się z kanapy i spojrzałem na niego z niedowierzaniem.
- Zakochałeś się?! - nachyliłem się nad wokalistą - Nieszczęśliwie? Ty?
- A co? To, że nazywam się Tooru Niimura i jestem trzydziestosześcioletnim wokalistą Dir En Grey pozbawia mnie człowieczeństwa i prawa do miłości? - posłał mi gniewne spojrzenie spod uniesionego nieznacznie przedramienia.
Odwróciłem wzrok.
- Nie o to mi chodziło, Kyo. Po prostu... Znamy się już kupę czasu, każdy z twoich przyjaciół kogoś ma albo miał, a ty... ty zawsze byłeś sam... Trzymałeś się na uboczu odkąd tylko pamiętam - wyjaśniłem cichutko, niemal kuląc się w sobie pod naporem jego spojrzenia. Niimura jest najbardziej nieprzewidywalną i przerażającą osobą we wszechświecie, więc mój strach jest uzasadniony.
Mężczyzna cicho westchnął.
- Pewnie teraz patrzysz na mnie jak na jakiegoś gówniarza, który przeżywa swoją pierwszą nieszczęśliwą miłość i nie mogąc sobie poradzić z goryczą porażki, przychodzi wypłakać się na ramieniu swojego przyjaciela - mruknął, nieco łagodniejąc. Zareagowałem krótkim, cichym śmiechem na to porównanie. Obecność Tooru działała kojąco na moje zszargane nerwy, przy nim choć na chwilę zapominałem o swoim prywatnym bagnie - Chyba... chyba jednak źle wybrałem - podjął po chwili - No wiesz, Kai...
Machnąłem na to ręką, jednak nikły uśmiech natychmiast zniknął z mojej twarzy.
- Najwyżej skończy się tym, że zamienimy się rolami i to ja będę płakał w twoją koszulę. A teraz mów, o kogo chodzi, bo zaraz umrę z niecierpliwości...
Kyo oparł głowę o krawędź kanapy i przymknął powieki.
- Jest wspaniały... - wyszeptał - Kiedy tylko go zobaczyłem, poczułem... coś, co po dzień dzisiejszy nie daje mi spokoju. To coś na wzór... tęsknoty? Nie wiem, jak to nazwać, Uruha - westchnął cicho - Po prostu czuję się niepełny, gdy nie ma go w pobliżu. Ale gdy tylko jest blisko... czuję nieuzasadniony przypływ radości.
- To właśnie jest miłość... - powiedziałem drżącym głosem i delikatnie przygryzłem dolną wargę. Opowieść Niimury pobudziła do życia wszystko to, co starałem się w sobie zdusić. Miłość do Kai'a i niewypowiedzianą tęsknotę za nim, ten rozrywający od środka duchowy ból, który wyniszczał mnie przez tak długi czas... Nim się obejrzałem, kilka pojedynczych łez spłynęło po moich bladych policzkach. Otarłem je rękawem szarego longsheelva i wziąłem głębszy wdech, by nieco się uspokoić. Na szczęście przyniosło to efekt - być może marny, bo zapierająca dech w piersiach rozpacz pozostała, lecz przynajmniej przestałem trząść się jak w febrze. Siedzący obok Tooru zdawał się niczego nie zauważać...
- Więc... to mężczyzna, tak? - podjąłem po chwili, gdy całkowicie się uspokoiłem. Niimura odpowiedział tylko krótkim skinieniem głowy - Nigdy nie posądzałbym cię o homoseksualizm... Wręcz kipisz testosteronem. Kto by pomyślał, że po cichu wzdychasz do jakiegoś innego faceta?
- Gej, zwłaszcza ten dominujący w związku, zazwyczaj okazuje się o wiele bardziej samczy niż zwykły koleś hetero - burknął - W końcu musi trzymać w ryzach innego faceta, a nie jakąś rozhisteryzowaną samicę.
- Uke nie ma pms - zauważyłem inteligentnie. Kyo wywrócił oczami.
- Jakiś ty się zrobił ostatnio wygadany, Kouyou.
W odpowiedzi wzruszyłem lekko ramionami.
- Napijesz się czegoś? - spytałem, nagle przypominając sobie o zasadach gościnności.
- Jeśli masz mi do zaoferowania coś innego niż przeklęta kawa z ekspresu, to bardzo chętnie.
- Może być herbata? - kąciki moich ust mimowolnie uniosły się w złośliwym uśmieszku.
Ciemne oczy Niimury zdawały się ciskać gromy.
- Alkohol, dziecino, alkohol - mruknął z irytacją.
Skinąwszy delikatnie głową, podniosłem się z kanapy i czym prędzej udałem się do kuchni, by odnaleźć butelkę whisky, ukrytą pomiędzy słoikami z konfiturami Kai'a. Rozdrażniony widokiem twojego pochyłego pisma na lekko pożółkłych nalepkach, szybkim ruchem zgarnąłem wszystkie pojemniczki z szafki i wrzuciłem je do stojącego nieopodal kosza. Nie chcąc już patrzeć na inne wybrane przez ciebie przedmioty, w pośpiechu chwyciłem za szyjkę butelki i zabierając ze sobą jeszcze kubek z zimną już kawą, udałem się do salonu. Niimura wciąż siedział na kanapie z odchyloną w tył głową. Chyba nie drgnął nawet o milimetr.
- Czuję zapach tego świństwa - burknął, unosząc lekko powieki. Podniosłem do góry rękę, w której dzierżyłem naczynie z życiodajnym płynem.
- Punkt dla ciebie, Kyo. Masz węch niczym pies myśliwski - podałem mu zapieczętowaną butelkę whisky, którą trzymałem w drugiej dłoni.
- A szklanka? - uniósł brew - Oszczędzasz wodę na zmywaniu, czy jak?
Westchnąłem cicho.
- Z twoim zamiłowaniem do tego gatunku szkockiej, szklanka jest zbędna. Pewnie i tak byś jej nawet nie użył.
- Być może - mój rozmówca wzruszył ramionami, po czym odkręcił butelkę i przytknął ją sobie do ust. Niemal mruczał z przyjemności, gdy rozkoszował się smakiem złotawego płynu - Wspaniała...
- Wybrana przez Kai'a - podsumowałem z rozżaleniem i zająłem miejsce obok starszego muzyka. Kątem oka spostrzegłem, jak krzywi się nieznacznie.
- Dziwisz się, że nie możesz wyjść z tego bagna, a sam nie pozwalasz sobie o nim zapomnieć... - powiedział, zakładając nogę na nogę. To, co mówi, ma sens...
- Ciężko zapomnieć, gdy nie masz się gdzie wynieść i jesteś skazany na oglądanie przedmiotów, które kupowaliście podczas wspólnych wypadów do sklepu... - broniłem się. Wokalista wywrócił oczami.
- Doprawdy ciekawa historia, Uruha. A teraz przestań pierdolić, złotko i spójrz prawdzie w oczy - siedzisz tutaj, bo na niego czekasz. Nie potrafisz zapomnieć. Widzisz ten sweter? - wskazał palcem na fragment ubrania, przewieszony przez oparcie stojącego w kącie pokoju krzesła - Nie może być twój, przecież ty nienawidzisz brązowego, więc logicznie rzecz biorąc, należy do Kai'a. Zamiast wyrzucić wszystkie jego rzeczy, ty wciąż się nimi otaczasz! On nie wróci, nie rozumiesz tego? Nie do ciebie. Może powrócić do Tokio, ale nigdy nie będzie dla ciebie osiągalny, więc czemu po prostu nie wyrzucisz go ze swojego serca?!
Tak dosadnie przedstawiona prawda ugodziła we mnie niczym nóż, z łatwością wydobywając z moich oczu łzy. Kubek, który jeszcze parę minut temu trzymałem w rękach, roztrzaskał się z hukiem o podłogę, a jego zawartość wsiąkła w pastelowy dywan, pozostawiając na nim ciemną, niespieralną plamę. Przytknąłem jedną z dłoni do moich rozedrganych ust, by zdusić w sobie nękający mnie szloch, lecz nie przyniosło to żadnych skutków - rozdzierająca mnie od środka rozpacz nie ustąpiła nawet na chwilę. Wciąż wbijała swoje długie szpony w moje już i tak podziurawione serce, raniąc je brutalnie.
Uniosłem się z kanapy, by uciec od dłoni Niimury, który niespodziewanie zbliżył się do mnie, lecz nagle zakręciło mi się w głowie. Dziwnie osłabiony, osunąłem się bezwładnie niczym szmaciana lalka wprost w ramiona Tooru i przylgnąłem do jego torsu, bezbronny jak dziecko. Ramiona jasnowłosego natychmiast zamknęły mnie w szczelnym uścisku, przytulał mnie w taki sposób, jakby chciał ochronić mnie przed całym złem tego świata - nie wiedział tylko, że jedyną rzeczą, która poważnie mi szkodzi, jestem ja sam.
- Przepraszam, Uruha... - wyszeptał wprost do mojego ucha, owiewając swoim ciepłym oddechem również odsłoniętą skórę moich ramion. Zadrżałem pod wpływem różnicy temperatur i jeszcze mocniej wtuliłem się w jego ciało, jednocześnie zaciskając palce na ciemnej koszuli - Nie miałem zamiaru-...
- Cicho - przerwałem mu, mimo, iż wydobycie z siebie głosu przyszło mi z niemałym trudem. Targający mną szloch skutecznie odbierał mi zdolność mowy.
Nie mówiąc już nic, Tooru przeczesał palcami jasne kosmyki moich włosów i pogładził mnie po głowie w uspokajającym geście. Gdy nie napotkał z mojej strony żadnego sprzeciwu, wzmocnił uścisk oplatających moją talię ramion. Oboje milczeliśmy przez długi czas, nawzajem rozkoszując się swoją obecnością i ciepłem bijącym od naszych ciał. Wtulony w klatkę piersiową Kyo, wsłuchiwałem się w powolne bicie jego serca - ten miarowy, leniwy rytm działał uspokajająco na moje zszargane nerwy. Mimo wszystko cieszyłem się, że jednak zdecydowałem się wpuścić go do środka, a nie odprawiłem go z kwitkiem tak, jak wtedy miałem zamiar to zrobić. Dzięki rozmowie z nim zrozumiałem wiele istotnych rzeczy - sam nie jestem w stanie pozbierać się po utracie Yutaki, a jedyną osobą, która może mi w tym pomóc jest nikt inny jak demoniczny wokalista. Nie potrafiłem w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć podświadomego wyboru mojego serca - po prostu w obecności Niimury czułem, że jestem w stanie zdobywać szczyty i osiągać rzeczy pozornie dla mnie niemożliwe.
- Takashima? - odezwał się niespodziewanie Tooru. Drgnąłem, gdy jego szorstkie palce wdarły się pod moją koszulkę, niepewnie wytyczając szlaki na delikatnej skórze moich pleców.
Uniosłem na niego wzrok, zaskoczony jego nagłym przypływem pewności siebie. On tylko uśmiechnął się pobłażliwie i palcami drugiej ręki przesunął po moim policzku, a ja, spragniony dotyku drugiej osoby, rozpaczliwie przylgnąłem do jego dłoni, wtulając się w nią. Jego usta rozciągnęły się w lekkim uśmiechu, a już po chwili zakrywały moje własne, subtelnie je muskając. Niemal natychmiast odpowiedziałem na tę delikatną pieszczotę, a przez moje ciało przebiegł przyjemny dreszcz. W tej chwili nie myślałem już o Yutace - skupiłem się tylko na dotyku dłoni Niimury, które niepewnie badały moje ciało, doprowadzając mnie na skraj szaleństwa. Tak bardzo tęskniłem za tym uczuciem...
- Kyyo... - jęknąłem i zachłannie wpiłem się w wargi starszego muzyka. Ten z łatwością wciągnął mnie na swoje kolana i przyciągnął mnie do siebie, zmniejszając dzielącą nas odległość do minimum - Tooru... - szepnąłem gorączkowo, kiedy drżącymi z podniecenia dłońmi odnalazł zapięcie moich spodni, a jego wargi znalazły się na moim odsłoniętym obojczyku. Uległem mu od razu, nie zastanawiając się nad konsekwencjami mojej decyzji. Kai i wszystkie inne moje wątpliwości przestały mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie, gdy chwilę później oddawałem całego siebie Niimurze, a on przyjmował mnie z wdzięcznością, jednocześnie zapewniając mi szanse na lepsze jutro. Jutro, w którym na stronie tytułowej nowego rozdziału w moim życiu widniało zapisane czarnym atramentem jedno słowo "Kyo", a Yutaka Tanabe nie był dla mnie nikim więcej, niż tylko liderem zespołu, w którym jestem gitarzystą.
Pairing: Kai x Uruha, Kyo [Dir En Grey] x Uruha.
Typ: oneshot.
Ostrzeżenia: Niecenzuralne słownictwo, alkohol.
Odkąd mnie opuściłeś, każdy kolejny dzień jest przepełniony paraliżującym strachem o nadchodzące jutro, a ja wyczekuję twojego powrotu, niepewnie zerkając w stronę kalendarza. Każda chwila spędzona z dala od ciebie wydaje się być wyblakła, a smutna rzeczywistość szara, jakby wyprana z barw i pozbawiona emocji. Boję się o moją przyszłość, Kai. Jeśli tak ma wyglądać moje życie bez ciebie, nie jestem pewien, czy przetrwam kolejny rok. Byłeś moim prywatnym słońcem - cały mój świat kręcił się wokół ciebie, twoich uśmiechów i perlistego śmiechu. Budziłem się równo z tobą, z uśmiechem na twarzy obserwując nadchodzący wschód. Ucałowawszy mnie w policzek, wstawałeś z posłania i zupełnie nieskrępowany swoją nagością, kierowałeś się do łazienki, a potem do kuchni, by przygotować śniadanie, które przynosiłeś mi do łóżka. Zachody były równie fascynujące, a nawet absorbowały więcej mojej uwagi - wiłem się pod tobą, wykrzykując twoje imię, gdy swoimi ruchami doprowadzałeś mnie do spełnienia, a później opadałeś na pościel obok mnie i przykrywałeś kołdrą. Zasypiałem, otulony twoimi ramionami i zapachem, który koił moje zmysły. A teraz, gdy ciebie zabrakło, wszystko, czego do tej pory zaznałem, okazuje się być pozbawione sensu i niewarte mojego zainteresowania. Nawet gra na gitarze, która do tej pory była moją pasją, przestała mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Instrument, który mi podarowałeś, został zamknięty w czarnym pokrowcu i zniknął gdzieś na strychu, gdzie spędzi kolejne lata w otoczeniu starych, bezwartościowych rupieci. Kiedy jeszcze byłeś przy mnie, uwielbiałeś te chwile, gdy łapałem za akustyka i nieudolnie śpiewając, wygrywałem ci miłosne serenady, przepełnione uczuciami płynącymi wprost z serca. Nie zwracałeś uwagi na mój żałosny śpiew i fałsz, ciągnący się przez całą piosenkę - nagradzałeś moje starania pocałunkiem, wyraźnie dumny z moich umiejętności.
Uśmiecham się pod nosem na samo wspomnienie tych wspólnie spędzonych lat. Wówczas byłem najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Mając cię u mego boku czułem, że niczego więcej już nie potrzebuję. A teraz, jedyne, co mi po tobie zostało, to kilka wyciągniętych starych swetrów, które straciły już twój zapach i kartka, wypełniona twoim pochyłym, ale starannym pismem. W niektórych miejscach atrament jest rozmyty i nieczytelny, jednak to nie stanowi dla mnie żadnego problemu. Znam każde napisane tam słowo na pamięć.
"Ja już tak dłużej nie mogę, Uruha. Tego, co teraz nas łączy, nie możemy nazwać już miłością. Mimo tego, że nasze uczucie wyblakło wieki temu, mieszkamy ze sobą. Dlaczego? Z przyzwyczajenia. Chyba nadszedł już czas, by wreszcie się rozstać, nie uważasz? Ja... wciąż coś do ciebie czuję, ale muszę to w sobie stłumić, a potem zabić. To mnie wyniszcza, nie mogę pozwolić temu istnieć... Odcinam się, opuszczam Tokio, nie szukaj mnie. Nie dzwoń. Kiedy wrócę? Nie wiem. Pewnie wtedy, kiedy zapanuję nad swoim życiem. Wybacz mi..."
Z cichym westchnieniem odkładam pomięty kawałek papieru do szuflady i ocieram wierzchem dłoni samotną łzę, naznaczającą mój policzek. Nie rozumiałem i dalej nie mogę zrozumieć, dlaczego coś takiego napisałeś. Czy byłeś w tym związku nieszczęśliwy? Czy każdy twój uśmiech, przyzdobiony słodkimi dołeczkami w twoich policzkach, był wymuszony? W takim razie świetnie grałeś, bo naprawdę sądziłem, że jestem miłością twojego życia i wspólnie spędzane chwile są dla ciebie wyjątkowe.
Przetarłem twarz dłonią i skierowałem się do kuchni. Przechodząc korytarzem, unikałem wzrokiem naszych wspólnych zdjęć, porozwieszanych na kawowych ścianach, w duchu karcąc się za to, że jeszcze ich stamtąd nie zdjąłem. Minąwszy próg kuchni, od razu skierowałem się do ulubionej części pomieszczenia - stoliczka z ekspresem do kawy. Tą maszynę, podobnie jak wszystko inne, wybraliśmy razem do naszego wspólnego mieszkania... Na litość boską, czy wszystko w tym domu musi mi o tobie przypominać?! Potrząsnąłem z dezaprobatą głową, by pozbyć się nękających mnie myśli i ustawiwszy sporych rozmiarów kubek na małym podwyższeniu, włączyłem automat. Urządzenie zawarczało cichutko, zabulgotało i zaczęło zalewać naczynie życiodajnym płynem. Cień uśmiechu mimowolnie wstąpił na moje usta, gdy głęboko zaciągnąłem się powietrzem - uwielbiałem zapach kawy, zwłaszcza tej świeżo zmielonej. Już wyciągałem dłoń, by sięgnąć po napełniony po brzegi kubek, gdy nagle po mieszkaniu rozniósł się echem dźwięk dzwonka. Zanim udałem się, by otworzyć drzwi, pobieżnie zerknąłem na zegarek - w pół do dwunastej, wieczór. Kto może nachodzić mnie o tej porze?
Zaintrygowany, zostawiłem parujące naczynko w samotności i ruszyłem w stronę przedpokoju, by wpuścić do mieszkania niespodziewanego gościa.
- Kto tam? - spytałem przezornie, nim zdecydowałem się uchylić drzwi. Czemu nigdy wcześniej nie wpadł mi do głowy wspaniały pomysł zamontowania wizjera?
- Otwórz te pieprzone drzwi, zanim przymarznę do tej pierdolonej wycieraczki! - głos dochodzący zza płyty z drewnianej sklejki należał do Kyo. Wkurwionego Kyo - Na dworze jest chyba dwadzieścia stopni na minusie!
- Po co przyszedłeś? - spytałem na tyle głośno, by mógł dobrze mnie usłyszeć. Miałem nadzieję, że to nic pilnego i mogę odwlec nasze spotkanie do czasu, gdy nieco lepiej się poczuję...
- Na pewno nie po to, żeby odmrozić sobie palce! Otwieraj! - wrzasnął, już całkiem nieźle poirytowany.
Wywróciwszy oczami, przekręciłem zamek i wpuściłem do środka zmarzniętego wokalistę. Mijając mnie w drzwiach, posłał mi mrożące krew w żyłach spojrzenie i położywszy na podłodze pokaźnych rozmiarów torbę podróżną, odwiesił swoją skórzaną kurtkę na wybrany przez ciebie wieszak.
- Co to ma być? - spytałem zdziwiony, wskazując palcem na jego walizkę. Jasnowłosy pokręcił głową z dezaprobatą i westchnął ciężko.
- Torba, Shima. Nigdy takiej nie widziałeś? - zironizował, przeczesując palcami potargane włosy.
- Po co ci ona? - wpatrywałem się z niedowierzaniem w twarz niższego mężczyzny.
- Wprowadzam się, Uruha - uświadomił mnie wspaniałomyślnie - Cieszysz się? - dodał po chwili, z uwagą patrząc na moją twarz.
- Oczywiście - odparłem, choć w moim głosie nie brzmiała nawet nutka radości - Szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że szybko przekażesz mi to, co masz do powiedzenia i się zmyjesz.
Jasnowłosy najwyraźniej puścił moją zgryźliwą odpowiedź mimo uszu i nie czekając na moje przyzwolenie, udał się w stronę salonu.
- Pewnie, rozgość się - mruknąłem do jego oddalających się pleców.
- Ach, Uru, złotko... - zatrzymał się na chwilę, by zerknąć na mnie przez ramię - Weź moją torbę. Przez to, że tyle trzymałeś mnie za drzwiami odmroziłem sobie dłonie i nie jestem w stanie sam jej wziąć.
Zdusiłem w sobie przekleństwo i szarpnąwszy za jeden z pasków, z trudem uniosłem walizkę z podłogi, a następnie niemal wlokąc ją po panelach, poszedłem do salonu.
- Co ty tam masz?! - wysyczałem przez zaciśnięte zęby, gdy podnosiłem bagaż wokalisty, by ułożyć go na jednym z foteli.
- Wszystko, co niezbędne - mruknął, rozsiadając się wygodnie na kanapie i sięgając po leżący na stoliku pilot. Zirytowany jego frywolnością, fuknąłem.
- Pewnie, nie krępuj się. Wszystko jest do twojej dyspozycji.
W odpowiedzi posłał mi tylko jadowity uśmiech i nie mówiąc nic, wbił wzrok w ekran telewizora, na którego ekranie aktualnie wyświetlane były wiadomości.
Kiedy zająłem miejsce obok niego, zapanowała długa, niezręczna cisza, którą wreszcie zdecydowałem się przerwać.
- Dlaczego akurat ja? - spytałem, niepewnie na niego zerkając. Odwzajemniwszy moje spojrzenie, zmarszczył brwi w niezrozumieniu - Dlaczego wprowadziłeś się do mnie, a nie do kogoś ze swojego zespołu? - sprostowałem po chwili.
- Byłeś pierwszą osobą, która przyszła mi na myśl - odparł, odwracając głowę. W jego gestach dostrzegłem coś, co mnie zaniepokoiło. Od Tooru Niimury, którego znam, zawsze biła powalająca na kolana pewność siebie, a ten skulony na mojej kanapie blondyn nie przypominał go ani trochę.
- Gadaj, o co chodzi... - westchnąłem cicho. Sprawa musiała być naprawdę poważna, skoro zamiast do któregoś ze swoich bliskich przyjaciół, zwrócił się o pomoc do mnie - przelotnego znajomego, z którym mija się raz na jakiś czas na imprezach okolicznościowych. Cóż... do tych przypadkowych spotkań dochodzi również kilka rozmów przy kawie i zaproszeń na wspólny lunch.
- Nic nie idzie po mojej myśli, Śliczny - wyznał, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem - Świat wali mi się na łeb, sake nie smakuje tak dobrze, jak kiedyś, a kawałki do cholernej płyty same się nie napiszą.
- Nie rozumiem... - mruknąłem, napierając plecami na oparcie burgundowej kanapy - Wszystkie twoje teksty są o bólu, śmierci, bólu, krwi, bólu i-...
- Skończ już - przerwał mi w pół zdania - Zgodnie z twoim tokiem myślowym, czym więcej cierpię, tym więcej weny zyskuję, tak, Śliczny? - spojrzał na mnie kątem oka.
Skinąłem głową, nawet nie siląc się na odpowiedź.
- Wyobraź sobie, że tego rodzaju bólu nie mogę opisać w żadnym z moich tekstów.
Posłałem mu pełne niezrozumienia spojrzenie. Starszy mężczyzna westchnął ciężko i wyłączył głos w telewizorze.
- Nie jestem pieprzonym popowym muzykiem, który śpiewa tylko o zawodach miłosnych, a potem o szczęśliwych zakończeniach - odchylił głowę w tył i zasłonił ją przedramieniem.
Zaskoczony, niemal poderwałem się z kanapy i spojrzałem na niego z niedowierzaniem.
- Zakochałeś się?! - nachyliłem się nad wokalistą - Nieszczęśliwie? Ty?
- A co? To, że nazywam się Tooru Niimura i jestem trzydziestosześcioletnim wokalistą Dir En Grey pozbawia mnie człowieczeństwa i prawa do miłości? - posłał mi gniewne spojrzenie spod uniesionego nieznacznie przedramienia.
Odwróciłem wzrok.
- Nie o to mi chodziło, Kyo. Po prostu... Znamy się już kupę czasu, każdy z twoich przyjaciół kogoś ma albo miał, a ty... ty zawsze byłeś sam... Trzymałeś się na uboczu odkąd tylko pamiętam - wyjaśniłem cichutko, niemal kuląc się w sobie pod naporem jego spojrzenia. Niimura jest najbardziej nieprzewidywalną i przerażającą osobą we wszechświecie, więc mój strach jest uzasadniony.
Mężczyzna cicho westchnął.
- Pewnie teraz patrzysz na mnie jak na jakiegoś gówniarza, który przeżywa swoją pierwszą nieszczęśliwą miłość i nie mogąc sobie poradzić z goryczą porażki, przychodzi wypłakać się na ramieniu swojego przyjaciela - mruknął, nieco łagodniejąc. Zareagowałem krótkim, cichym śmiechem na to porównanie. Obecność Tooru działała kojąco na moje zszargane nerwy, przy nim choć na chwilę zapominałem o swoim prywatnym bagnie - Chyba... chyba jednak źle wybrałem - podjął po chwili - No wiesz, Kai...
Machnąłem na to ręką, jednak nikły uśmiech natychmiast zniknął z mojej twarzy.
- Najwyżej skończy się tym, że zamienimy się rolami i to ja będę płakał w twoją koszulę. A teraz mów, o kogo chodzi, bo zaraz umrę z niecierpliwości...
Kyo oparł głowę o krawędź kanapy i przymknął powieki.
- Jest wspaniały... - wyszeptał - Kiedy tylko go zobaczyłem, poczułem... coś, co po dzień dzisiejszy nie daje mi spokoju. To coś na wzór... tęsknoty? Nie wiem, jak to nazwać, Uruha - westchnął cicho - Po prostu czuję się niepełny, gdy nie ma go w pobliżu. Ale gdy tylko jest blisko... czuję nieuzasadniony przypływ radości.
- To właśnie jest miłość... - powiedziałem drżącym głosem i delikatnie przygryzłem dolną wargę. Opowieść Niimury pobudziła do życia wszystko to, co starałem się w sobie zdusić. Miłość do Kai'a i niewypowiedzianą tęsknotę za nim, ten rozrywający od środka duchowy ból, który wyniszczał mnie przez tak długi czas... Nim się obejrzałem, kilka pojedynczych łez spłynęło po moich bladych policzkach. Otarłem je rękawem szarego longsheelva i wziąłem głębszy wdech, by nieco się uspokoić. Na szczęście przyniosło to efekt - być może marny, bo zapierająca dech w piersiach rozpacz pozostała, lecz przynajmniej przestałem trząść się jak w febrze. Siedzący obok Tooru zdawał się niczego nie zauważać...
- Więc... to mężczyzna, tak? - podjąłem po chwili, gdy całkowicie się uspokoiłem. Niimura odpowiedział tylko krótkim skinieniem głowy - Nigdy nie posądzałbym cię o homoseksualizm... Wręcz kipisz testosteronem. Kto by pomyślał, że po cichu wzdychasz do jakiegoś innego faceta?
- Gej, zwłaszcza ten dominujący w związku, zazwyczaj okazuje się o wiele bardziej samczy niż zwykły koleś hetero - burknął - W końcu musi trzymać w ryzach innego faceta, a nie jakąś rozhisteryzowaną samicę.
- Uke nie ma pms - zauważyłem inteligentnie. Kyo wywrócił oczami.
- Jakiś ty się zrobił ostatnio wygadany, Kouyou.
W odpowiedzi wzruszyłem lekko ramionami.
- Napijesz się czegoś? - spytałem, nagle przypominając sobie o zasadach gościnności.
- Jeśli masz mi do zaoferowania coś innego niż przeklęta kawa z ekspresu, to bardzo chętnie.
- Może być herbata? - kąciki moich ust mimowolnie uniosły się w złośliwym uśmieszku.
Ciemne oczy Niimury zdawały się ciskać gromy.
- Alkohol, dziecino, alkohol - mruknął z irytacją.
Skinąwszy delikatnie głową, podniosłem się z kanapy i czym prędzej udałem się do kuchni, by odnaleźć butelkę whisky, ukrytą pomiędzy słoikami z konfiturami Kai'a. Rozdrażniony widokiem twojego pochyłego pisma na lekko pożółkłych nalepkach, szybkim ruchem zgarnąłem wszystkie pojemniczki z szafki i wrzuciłem je do stojącego nieopodal kosza. Nie chcąc już patrzeć na inne wybrane przez ciebie przedmioty, w pośpiechu chwyciłem za szyjkę butelki i zabierając ze sobą jeszcze kubek z zimną już kawą, udałem się do salonu. Niimura wciąż siedział na kanapie z odchyloną w tył głową. Chyba nie drgnął nawet o milimetr.
- Czuję zapach tego świństwa - burknął, unosząc lekko powieki. Podniosłem do góry rękę, w której dzierżyłem naczynie z życiodajnym płynem.
- Punkt dla ciebie, Kyo. Masz węch niczym pies myśliwski - podałem mu zapieczętowaną butelkę whisky, którą trzymałem w drugiej dłoni.
- A szklanka? - uniósł brew - Oszczędzasz wodę na zmywaniu, czy jak?
Westchnąłem cicho.
- Z twoim zamiłowaniem do tego gatunku szkockiej, szklanka jest zbędna. Pewnie i tak byś jej nawet nie użył.
- Być może - mój rozmówca wzruszył ramionami, po czym odkręcił butelkę i przytknął ją sobie do ust. Niemal mruczał z przyjemności, gdy rozkoszował się smakiem złotawego płynu - Wspaniała...
- Wybrana przez Kai'a - podsumowałem z rozżaleniem i zająłem miejsce obok starszego muzyka. Kątem oka spostrzegłem, jak krzywi się nieznacznie.
- Dziwisz się, że nie możesz wyjść z tego bagna, a sam nie pozwalasz sobie o nim zapomnieć... - powiedział, zakładając nogę na nogę. To, co mówi, ma sens...
- Ciężko zapomnieć, gdy nie masz się gdzie wynieść i jesteś skazany na oglądanie przedmiotów, które kupowaliście podczas wspólnych wypadów do sklepu... - broniłem się. Wokalista wywrócił oczami.
- Doprawdy ciekawa historia, Uruha. A teraz przestań pierdolić, złotko i spójrz prawdzie w oczy - siedzisz tutaj, bo na niego czekasz. Nie potrafisz zapomnieć. Widzisz ten sweter? - wskazał palcem na fragment ubrania, przewieszony przez oparcie stojącego w kącie pokoju krzesła - Nie może być twój, przecież ty nienawidzisz brązowego, więc logicznie rzecz biorąc, należy do Kai'a. Zamiast wyrzucić wszystkie jego rzeczy, ty wciąż się nimi otaczasz! On nie wróci, nie rozumiesz tego? Nie do ciebie. Może powrócić do Tokio, ale nigdy nie będzie dla ciebie osiągalny, więc czemu po prostu nie wyrzucisz go ze swojego serca?!
Tak dosadnie przedstawiona prawda ugodziła we mnie niczym nóż, z łatwością wydobywając z moich oczu łzy. Kubek, który jeszcze parę minut temu trzymałem w rękach, roztrzaskał się z hukiem o podłogę, a jego zawartość wsiąkła w pastelowy dywan, pozostawiając na nim ciemną, niespieralną plamę. Przytknąłem jedną z dłoni do moich rozedrganych ust, by zdusić w sobie nękający mnie szloch, lecz nie przyniosło to żadnych skutków - rozdzierająca mnie od środka rozpacz nie ustąpiła nawet na chwilę. Wciąż wbijała swoje długie szpony w moje już i tak podziurawione serce, raniąc je brutalnie.
Uniosłem się z kanapy, by uciec od dłoni Niimury, który niespodziewanie zbliżył się do mnie, lecz nagle zakręciło mi się w głowie. Dziwnie osłabiony, osunąłem się bezwładnie niczym szmaciana lalka wprost w ramiona Tooru i przylgnąłem do jego torsu, bezbronny jak dziecko. Ramiona jasnowłosego natychmiast zamknęły mnie w szczelnym uścisku, przytulał mnie w taki sposób, jakby chciał ochronić mnie przed całym złem tego świata - nie wiedział tylko, że jedyną rzeczą, która poważnie mi szkodzi, jestem ja sam.
- Przepraszam, Uruha... - wyszeptał wprost do mojego ucha, owiewając swoim ciepłym oddechem również odsłoniętą skórę moich ramion. Zadrżałem pod wpływem różnicy temperatur i jeszcze mocniej wtuliłem się w jego ciało, jednocześnie zaciskając palce na ciemnej koszuli - Nie miałem zamiaru-...
- Cicho - przerwałem mu, mimo, iż wydobycie z siebie głosu przyszło mi z niemałym trudem. Targający mną szloch skutecznie odbierał mi zdolność mowy.
Nie mówiąc już nic, Tooru przeczesał palcami jasne kosmyki moich włosów i pogładził mnie po głowie w uspokajającym geście. Gdy nie napotkał z mojej strony żadnego sprzeciwu, wzmocnił uścisk oplatających moją talię ramion. Oboje milczeliśmy przez długi czas, nawzajem rozkoszując się swoją obecnością i ciepłem bijącym od naszych ciał. Wtulony w klatkę piersiową Kyo, wsłuchiwałem się w powolne bicie jego serca - ten miarowy, leniwy rytm działał uspokajająco na moje zszargane nerwy. Mimo wszystko cieszyłem się, że jednak zdecydowałem się wpuścić go do środka, a nie odprawiłem go z kwitkiem tak, jak wtedy miałem zamiar to zrobić. Dzięki rozmowie z nim zrozumiałem wiele istotnych rzeczy - sam nie jestem w stanie pozbierać się po utracie Yutaki, a jedyną osobą, która może mi w tym pomóc jest nikt inny jak demoniczny wokalista. Nie potrafiłem w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć podświadomego wyboru mojego serca - po prostu w obecności Niimury czułem, że jestem w stanie zdobywać szczyty i osiągać rzeczy pozornie dla mnie niemożliwe.
- Takashima? - odezwał się niespodziewanie Tooru. Drgnąłem, gdy jego szorstkie palce wdarły się pod moją koszulkę, niepewnie wytyczając szlaki na delikatnej skórze moich pleców.
Uniosłem na niego wzrok, zaskoczony jego nagłym przypływem pewności siebie. On tylko uśmiechnął się pobłażliwie i palcami drugiej ręki przesunął po moim policzku, a ja, spragniony dotyku drugiej osoby, rozpaczliwie przylgnąłem do jego dłoni, wtulając się w nią. Jego usta rozciągnęły się w lekkim uśmiechu, a już po chwili zakrywały moje własne, subtelnie je muskając. Niemal natychmiast odpowiedziałem na tę delikatną pieszczotę, a przez moje ciało przebiegł przyjemny dreszcz. W tej chwili nie myślałem już o Yutace - skupiłem się tylko na dotyku dłoni Niimury, które niepewnie badały moje ciało, doprowadzając mnie na skraj szaleństwa. Tak bardzo tęskniłem za tym uczuciem...
- Kyyo... - jęknąłem i zachłannie wpiłem się w wargi starszego muzyka. Ten z łatwością wciągnął mnie na swoje kolana i przyciągnął mnie do siebie, zmniejszając dzielącą nas odległość do minimum - Tooru... - szepnąłem gorączkowo, kiedy drżącymi z podniecenia dłońmi odnalazł zapięcie moich spodni, a jego wargi znalazły się na moim odsłoniętym obojczyku. Uległem mu od razu, nie zastanawiając się nad konsekwencjami mojej decyzji. Kai i wszystkie inne moje wątpliwości przestały mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie, gdy chwilę później oddawałem całego siebie Niimurze, a on przyjmował mnie z wdzięcznością, jednocześnie zapewniając mi szanse na lepsze jutro. Jutro, w którym na stronie tytułowej nowego rozdziału w moim życiu widniało zapisane czarnym atramentem jedno słowo "Kyo", a Yutaka Tanabe nie był dla mnie nikim więcej, niż tylko liderem zespołu, w którym jestem gitarzystą.
...pozwól mi wreszcie być szczęśliwym, Kai...
środa, 8 sierpnia 2012
Nakigahara [Aoi x Uruha, Aoi x Shinya]
Tytuł: Nakigahara
Pairing: Aoi x Uruha, Aoi x Shinya
Typ: oneshot
Gatunek: angst
Byłeś dla mnie mężczyzną, któremu chciałem poświęcić całe swoje życie. Tym jedynym, który usidlił mnie przy sobie na dłużej niż kilka ulotnych, upojnie spędzonych chwil. Jedyne, czego wówczas pragnąłem, to to, by moje szczęście trwało wiecznie. Wyciągałem po nie ręce, chwytałem garściami, by mieć go na zapas. Nie chciałem złotej rybki, ani dżina z lampy, gotowego spełnić dla mnie siedem absurdalnych życzeń. Potrzebowałem jedynie ciebie, twojej obecności i miłości. Pragnąłem mieć ciebie przy sobie każdego dnia, każdej minuty, każdej sekundy... Nigdy nie miałem cię dość. Wciąż łaknąłem więcej, spragniony lgnąc do twojego ciepła, twoich dłoni. Byłem zafascynowany twym nierealnym pięknem i słodkim zapachem, który omamiał moje zmysły do tego stopnia, że byłem w stanie zrobić wszystko i jeszcze więcej, gdybyś tylko mnie o to poprosił. Zamknięty w twych ramionach czułem się wyjątkowy, jedyny i niepowtarzalny. Unikatowy....
To ja cię kochałem
Pragnąłem, byś wiedział, że traktuję nasz związek poważnie, a ty jesteś dla mnie wszystkim. Dawałem ci tego dowód na każdym kroku. Pomagałem ci dojść do mieszkania za każdym razem, gdy sam nie byłeś w stanie utrzymać się na nogach. Obejmując cię ramieniem, doprowadzałem cię do miękkiego łóżka, pomagając ci się ułożyć na satynowej pościeli, którą wspólnie wybraliśmy podczas jednej z wizyt w markecie. Drżącymi z podniecenia rękoma rozpinałem guziki twojej koszuli na tyle delikatnie, by nie obudzić cię swoim dotykiem mimo, iż wtedy miałem ochotę przyprzeć cię do posłania i pieścić, i całować te twoje kształtne wargi. I w istocie, zawsze to tak się kończyło. Nigdy miałeś mi za złe, że wyrywałem cię z płytkiego snu, by zwrócić twą uwagę na moje spragnione twych dłoni ciało. Kochaliśmy się godzinami, nigdy nie nudząc się sobą wzajemnie...
To mnie na tobie zależało
Chciałem spędzać z tobą każdą wolną chwilę, by nacieszyć się tobą, twoją obecnością, miękkością twoich malinowych warg... I nigdy nie było mi dość. Wówczas potrzebowałem cię jak powietrza, którym oddycham - bez ciebie dusiłem się, chwytałem za gardło, rozpaczliwie starając się zaczerpnąć oddechu. Źle przeżywałem nawet krótkie chwile rozłąki - podczas koncertów brakowało mi twoich dłoni, wtedy czule pieszczących gitarowe struny. Boże, gdybyś wiedział, jaką zazdrość odczuwałem o te rozciągnięte kawałki metalu - sunąłeś po nich palcami z taką pasją, jakby nie był to zwykły przedmiot, tylko żywy, świadomy twego dotyku organizm. Oddalony o ciebie o jedyne kilka metrów, posyłałem ci tęskne spojrzenia. Żaden ze stojących pod sceną ludzi nie liczył się dla mnie, wszyscy byli tak samo bezwartościowi. Byłeś niezbędny do tego, bym normalnie funkcjonował. Z dala od ciebie wariowałem. Straciłem dla ciebie głowę...
To ja cię pożądałem
Pomimo upływu czasu, dalej pamiętam naszą pierwszą randkę tak dokładnie, jakbyśmy umówili się ze sobą zaledwie wczoraj, wiesz? Wpadłem do twojego mieszkania mocno spóźniony, w ubłoconych butach, rozwianych włosach i rozmazanym makijażu. W ostatniej chwili nawalił mój samochód i zdecydowałem przejść się do ciebie pieszo - zaaferowany tym, że ma być to nasze pierwsze spotkanie sam-na-sam, nie zauważyłem ciężkich chmur, zwisających nad Tokio od samego rana. A ty, zamiast przywitać się ze mną i ucałować mnie w czółko na dzień dobry, rzuciłeś się po mop, by zetrzeć ślady butów ze swoich niedawno kupionych paneli. Nie wydawałeś być się za to zły, jednak ja i tak przepraszałem cię bardzo długi czas, póki nie zatkałeś mi ust swoimi własnymi wargami, a następne nie wyszeptałeś tych magicznych dwóch słów, które zawsze tak bardzo chciałem od ciebie usłyszeć...
To ty mnie kochałeś
Nie mogłem powstrzymać łez, gdy wpatrywałem się w połyskujący białym złotem pierścionek. Wsuwając mi go na serdeczny palec, zadałeś mi pytanie, na które odpowiedź była oczywista - "Tak". Gdy mi się oświadczałeś, zapomniałem wszystkich innych słów - szeptałem gorączkowo potwierdzenie, przeplatając je twoim imieniem i zapewnieniem o wiecznej miłości. Scałowywałeś łzy z moich policzków i warg, uśmiechając się pod nosem, rozbawiony moją reakcją - wiedziałeś, że jestem bardzo uczuciowy, ale nie spodziewałeś się, że się rozkleję. Wtulony w twój umięśniony tors i ciasno owinięty twoimi ramionami, w ogóle nie zwracałem uwagi na kropiący na nas deszcz i fakt, że stoimy na pustkowiu, przy wraku naszego samochodu.
To tobie na mnie zależało
I nawet wtedy, gdy byłem w pełni świadom, iż wypowiadane przez ciebie słowa nie są prawdą, chętnie spijałem kłamstwa z twoich ust, mamiąc się tym, że któregoś dnia spełnisz wszystkie dane mi obietnice. Mieliśmy przecież tak wspaniałe plany, mieliśmy dzielić ze sobą przyszłość - tak mi wmawiałeś... Kiedy na moim sercu pojawiła się pierwsza, dostarczająca niewyobrażalnego bólu rana, nie przestałem marzyć o wspólnym mieszkaniu, meblach, rzeczach... Wspólnym życiu. Wierzyłem dalej w złożone obietnice nawet w chwili, w której wykrzyczałeś mi w twarz, że mnie nienawidzisz, jednocześnie wrzucając do torby wszystkie swoje ubrania, porozrzucane po moim mieszkaniu. Zachowywałeś się tak, jakbym to ja był wszystkiemu winien. Ale przecież...
To ja cię straciłem
Świat wokół mnie przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, gdy ujrzałem obcego mężczyznę w naszym łóżku, wtulonego w twój bok. Leżał po mojej stronie posłania, pieścił swoimi wargami twoje ramię, które to zawsze ja delikatnie gładziłem tuż przed snem. Czemu on bezcześcił swoją obecnością to, co zwykłem nazywać moim? Delikatny uśmiech na twojej twarzy i usta, szepczące te dwa, zarezerwowane dla mnie słowa, teraz skierowane w jego stronę, rozerwały moje serce na strzępy. Nie myśląc zbyt wiele, uchyliłem szerzej drzwi, za którymi do tej pory się skrywałem, uważnie was obserwując i wykrzywiłem usta w gorzkim uśmiechu. "Dzień dobry, kochanie" wyszeptałem, a głos mi drżał. Wtulony w ciebie mężczyzna, który usilnie próbował ci mnie zastąpić, gwałtownie podniósł się z łóżka i zakrywając się prześcieradłem, posłał mi zdziwione spojrzenie. "Uruha?" spytał z niedowierzaniem, jakby nie spodziewając się, że kiedykolwiek mnie zastanie w tym domu. W moim domu. Kiwnąłem głową, nie zwracając uwagi na łzy, wytyczające mokre szlaki na moich policzkach. "Może herbaty, Shinya?" wysyczałem, siląc się na ironiczny uśmieszek. Puściły mi nerwy, gdy wyciągnąłeś rękę w moim kierunku, szepcząc miękko, że to wcale nie jest tak, jak myślę. A jak jest, Aoi? Może jeszcze będziesz próbował mi wmówić, że coś sobie uroiłem?
To ty mnie zniszczyłeś
Nie mogłem dojść do siebie po tym, co ujrzałem w naszej wspólnej sypialni. Spakowałem i wyprowadziłem się jeszcze tego samego dnia, gdy ta dziwka - jak od tamtej chwili zwykłem go nazywać - zniknęła mi z oczu. Nie zwracałem uwagi na twoje marne próby wytłumaczenia się z tej sytuacji. Zbyt dobrze wiedziałem, że każde padające w tej chwili z twoich ust słowo, jest tylko kłamstwem. Z całych sił starałeś się utrzymać mnie przy sobie. Dziwiłem się tylko - dlaczego? Przecież wyzbyłeś się mnie ze swojego życia w chwili, gdy szeptałeś Terachiemu swoje miłosne zapewnienia. Nie ma miejsca na nas dwóch w twoim sercu, Yuu, a ty już dawno dokonałeś wyboru, pieczętując go upojnym seksem z perkusistą na moim łóżku. Jeśli twoje słowa choć w części były prawdą i to Shinya jako pierwszy proponował ci wspólną noc - powinieneś był mu odmówić, pamiętając, że złożone przysięgi działają w obie strony i ty przynależysz do mnie, tak samo jak i ja jestem twoją własnością. Jak niby mogłem uwierzyć w twoje słowa, kiedy nie zwracając uwagi na konsekwencje zburzyłeś świat, który wspólnie budowaliśmy przez kilka poprzednich lat?
To ty mnie zabiłeś
Od tamtej chwili już nie żyłem - po prostu egzystowałem, lawirując pomiędzy ladami kolejnych barów. Wypijałem szklankę za szklanką, próbując zatopić smutki w alkoholu, lecz z marnym skutkiem - stałem się jedynie sensacją dla tabloidów, moje zdjęcia pojawiały się w prasie i krążyły po internecie. Obcy ludzie podchodzili do mnie, próbując zamienić ze mną choć słowo, lecz spomiędzy moich warg nie wydobyło się nic innego, niż niewyraźny bełkot. Pogrążony w rozpaczy, nie przejmowałem się tym, że niszczę dobre imię zespołu. Odciąłem się od was, tak samo jak i od reszty świata zewnętrznego - obudowa mojej komórki zniknęła w odmętach studzienki kanalizacyjnej, a zasilająca ją bateria zapewne wypadła mi z kieszeni podczas wizyty w jednym z barów. Pierścionek skończył w koszu na śmieci, w otoczeniu innych, równie bezwartościowych rzeczy. Tam również spoczęły szczątki mojego rozszarpanego na drobne kawałeczki serca...
To ty mnie zabiłeś...
Subskrybuj:
Posty (Atom)