sobota, 27 października 2012

Inconvenient ideal [Aoi x Uruha, Kyo x Uruha]

Tytuł: Inconvenient ideal (link do utworu)
Pairing: Aoi x Uruha, Kyo x Uruha
Typ: Angst.
Ostrzeżenia: Brak.
Nie wiem, co to jest. Po prostu musiałam to napisać. Musiałam sobie ulżyć. Ostatni miesiąc mojego życia, streszczony w kilkunastu zdaniach. Enjoy.

Widuję cię codziennie, choć tak naprawdę wolałbym już nigdy cię nie ujrzeć. Unikam twojego wzroku, uciekam od twoich dłoni, a ty zachowujesz się jak najbardziej normalnie. Nic się nie zmieniłeś - twoje włosy nadal lśnią kruczą czernią, a uśmiech nie znika z twoich słodkich, malinowych ust. Nie cierpisz. Nie tęsknisz. Właśnie to sprawia mi największy ból. Swoim zachowaniem udowadniasz mi, że nigdy nie zależało ci na mnie na tyle, byś przejął się moim obecnym stanem chociaż na ułamek sekundy. Rozpacz po twojej utracie zawładnęła mną, zmieniając nie tylko moje podejście do życia, lecz również wygląd - niegdyś lśniące, wypielęgnowane loki zmieniły się w wystrzępiony, kasztanowy nieład, a delikatna skóra nagle zyskała na szorstkości i wezbrała jasnymi bliznami w niektórych punktach. Nie jestem już tą samą osobą, którą byłem jeszcze dwa miesiące temu. Nie uśmiecham się z taką radością, jak kiedyś. Nie potrafię. Już nie. Moje ciemne oczy lśnią łzami za każdym razem, ilekroć po skończonej próbie zamykasz w swoich ramionach nowy obiekt westchnień. Nie kryjecie się ze swoim uczuciem - całujecie się na moich oczach, sprawiając, że w jednej chwili mam ochotę zamienić trzymaną w dłoniach gitarę na pistolet i popełnić spektakularne samobójstwo. Jednak jedyne, co mogę wtedy zrobić to odwrócenie głowy i powtórzenie sobie samemu po raz kolejny "on nie jest wart twoich łez". Jednak i tak płaczę, gdy tylko zostaję sam w tej przeklętej sali. Szlocham, gdy drżącymi dłońmi odkładam twoją pozostawioną na kanapie gitarę na jej właściwe miejsce. Nikt nie słyszy moich rozpaczliwych błagań, kiedy osuwam się na podłogę, nie mając już siły, by dalej wcielać się w postać dawnego siebie. Nikt nic nie widzi, nikt nic nie wie. A jednak, gdy kilka minut później uchylam powieki, ktoś stoi nade mną. Jest niski, rozczochrany, szpetny. Nie dorównuje ci pod żadnym względem. Ale mimo wszystko wyciągam ku niemu dłoń, a chwilę później zatapiam w jego ramionach, pozwalając otulić się także jego zapachowi, który zamiast uspokoić, tylko drażni moje zmysły. Pachnie alkoholem i papierosami, w tej mieszance wyczuwam jeszcze nutkę jakiejś taniej wody kolońskiej. Ty zawsze pachniałeś drogą, męską Pradą. Moje dłonie suną po jego plecach, pod palcami wyczuwam szorstki materiał, zapewne pochodzący z jakiejś podrzędnej sieciówki. Jego zniszczone ubrania nie mogą równać się z twoimi markowymi kreacjami, jednak to, że w tylu kategoriach jest od ciebie gorszy, po prostu nie ma dla mnie żadnego znaczenia. On mnie kocha. Tak mocno i prawdziwie, że niemal zapiera mi dech w piersiach. Zrobiłby dla mnie wszystko, podczas gdy ty nie mogłeś po prostu być przy mnie, kiedy najbardziej tego potrzebowałem.
Podnosi mnie z podłogi i sadza na twardej kanapie, od razu napieram plecami na jej oparcie. Patrzy na mnie uważnie, jednak nie dostrzegam w jego oczach wyrzutów. Współczuje mi, jest mu przykro. Układa ręce na moich kolanach i przechyla się w moją stronę, woń tytoniu po raz kolejny drażni moje nozdrza, jednak nie potrafię powstrzymać się od zaczerpnięcia powietrza pełną piersią, by dokładnie poczuć jego zapach. Obejmuję go ramionami, drżącymi wargami szepczę jakieś nieudolne przeprosiny, jednak jego usta natychmiast nakrywają moje i przerywają mi w pół słowa. Kiedy odrywa się ode mnie, mówi spokojnym tonem, wpatrując się w moje załzawione tęczówki. "Wiem, że nadal go kochasz. Nie musisz nic więcej mówić". Owszem, kocham jego. Ale to za ciebie mógłbym oddać życie...

czwartek, 4 października 2012

Szesnasty lutego [Kyo x Shinya]

Tytuł: Szesnasty lutego.
Pairing: Kyo x Shinya.
Typ: Oneshot.
Ostrzeżenia: SM, sceny erotyczne.

Chłodne, zimowe powietrze przebija się przez nieszczelne okna, skutecznie obniżając temperaturę w zaciemnionym pokoju. Drżącymi dłońmi naciągam na siebie skrawek poszarpanego prześcieradła, by choć trochę uchronić moje ciało przed zimnem, lecz nie przynosi to żadnych efektów - wciąż drżę, jeszcze mocniej się kuląc, by zachować przy sobie resztki ciepła. Skostniałymi palcami przesuwam po nagich udach, pocieram skórę, chcąc w ten sposób nieco się rozgrzać, jednak to również zawodzi. W końcu wyczerpany, opadam na podłogę, chowając twarz pomiędzy posiniaczonymi kolanami.
Nie mogę poruszać się zbyt gwałtownie. Przy każdym ruchu blizny na moim ciele pieką niemiłosiernie, a świeże rany otwierają się, płacząc krwawymi kroplami, które znaczą wąskie szlaki na mojej alabastrowej skórze. Uwielbiasz ten widok - kochasz czerwień, brutalnie kontrastującą z niewinną bielą. Upodobałeś sobie również blizny, pozostające po płytkich nacięciach i jęki, towarzyszące każdemu z nich. Wzrok twych błyszczących z podniecenia oczu przeraża mnie bardziej, niż zaostrzony koniec twojego noża. Gdy twe tęczówki lśnią niezdrowo, wiem, że nie skończysz tak szybko - będziesz rozkoszował się pozbawianiem mnie resztek godności, znaczeniem mojego ciała. Będziesz upajał się moimi jękami i zagłębiał we mnie, podkreślając moją przynależność do ciebie.
Kulę się jeszcze bardziej, gdy w oddali słyszę twoje ciężkie kroki. Nie zważając na rozrywający mnie ból, staram się unieść z podłogi i wcisnąć w kąt pomieszczenia, jednak gdy ty uchylasz drzwi, jestem dopiero w połowie drogi. Lubieżnie oblizujesz usta, widząc strach w moich oczach, a ja drżę coraz bardziej, gdy zbliżasz się, wyciągając dłoń.
- Nie bój się, Shinya - szepczesz, klękając przede mną. Już nie uciekam, i tak mnie złapiesz. Nie mam szans... - Dzisiaj są moje urodziny. Przygotowałem dla ciebie coś specjalnego... - muskasz opuszkami palców poranioną skórę na moim policzku, a ja spuszczam wzrok, nie mogąc wytrzymać twojego spojrzenia. Następnie wplatasz dłoń w moje włosy i głaszczesz mnie po głowie niemal z czułością. To wszystko sprawia, że zaczynam czuć się jak zwierzę, które swoją łagodnością pragniesz zwabić w pułapkę. I w istocie - tak jest. Nie dziwię się więc, gdy już po chwili wyciągasz zza pleców wąską, jedwabną opaskę.
- N-nie, błagam... - jęczę rozpaczliwie i próbuję się cofnąć, jednak szybkim ruchem dłoni szarpiesz za moje długie włosy i przewalasz mnie na ziemię. Niemal płaczę, kiedy przekręcasz mnie na brzuch i wbijając kolana w moje lędźwie, bym nie uciekł, przewiązujesz kawałkiem materiału moje oczy.
Dziwię się - nigdy wcześniej tego nie robiłeś. Przecież uwielbiasz widzieć strach, który odzwierciedla się w moich oczach za każdym razem, gdy mnie dotykasz, nieprawdaż? Kochasz czuć, że masz nade mną władzę, a ja jestem od ciebie zależny i skazany na twoją łaskę.
- Chcę, byś już zawsze był przy mnie, Shin-chan... - nachylasz się nade mną, szepcząc wprost do mojego ucha. Drżę, czując twój ciepły oddech na mojej odsłoniętej skórze - Będziesz...? - pytasz, jednak nawet nie mam zamiaru odpowiedzieć. Zaciskam jedynie mocniej wargi, a ty, zirytowany moim nieposłuszeństwem, boleśnie szarpiesz mnie za włosy. Nie krzyczę i nie błagam o litość - jestem skrajnie wyczerpany, a gardło mam zdarte.
Poczułem ulgę, gdy podniosłeś się, uwalniając moje ciało z uścisku. Odwracam głowę, by na ciebie spojrzeć, jednak robię to odruchowo i niepotrzebnie - przez czarną, jedwabną opaskę nie mogę dojrzeć twej poruszającej się po pokoju sylwetki. Jedynie słyszę twoje kroki tuż przy moim uchu, a wszystkie moje mięśnie spinają się w oczekiwaniu. Co zrobisz? Jakie masz plany na dziś?
Unoszę się na przedramionach, kiedy przez dłuższy czas się nie odzywasz i na oślep wyciągam dłoń, starając się dosięgnąć cię po omacku, jednak pomimo wielu prób, nie mogę cię złapać. Niepewnie podnoszę się do siadu, ale już po chwili wiem, że popełniłem niewybaczalny błąd - znów ląduję na podłodze, a na moim ramieniu wykwita kolejny siniak. Z trudem powstrzymując szloch, kulę się w sobie i przyciskam dłoń do bolącego miejsca, jednak niestety nie przynosi mi to ulgi. Po chwili słyszę, jak coś wypada ci z rąk i z hukiem opada na panele obok mnie - zapewne jest to kij, którym przed chwilą mnie uderzyłeś.
- Nawet nie próbuj uciekać - przestrzegasz mnie. Palące żywym ogniem ramię utwierdza mnie w przekonaniu, że zrobiłeś to nieco za późno, lecz nie wypowiadam głośno swojego stwierdzenia - za bardzo boję się kary, którą mógłbyś mi wymierzyć za niesubordynację - Koniec zabawy - twój głos przecina ciszę, a ja znów słyszę twoje kroki, coraz głośniej i wyraźniej. Zbliżasz się, jednak tym razem już nie uciekam. Jestem pogodzony ze swoim losem, przed którym i tak nie zdołałbym się schronić.
Chwilę później szarpiesz mnie za ramiona i sadzasz na podłodze, a następnie, ulokowawszy się za mną, wykręcasz mi ręce w tył, by - jak to miałeś w zwyczaju - skrępować moje dłonie. Gdy już to zrobiłeś, odsunąłeś się nieco i pociągnąłeś w swoją stronę, bym ułożył się na plecach. Zimno bijące od chłodnych paneli ponownie wprawia moje ciało w drżenie.
- Och, zimno ci...? - pytasz z udawanym przejęciem i przesuwasz dłonią po moim torsie w taki sposób, by podrażnić swoim dotykiem moje stwardniałe brodawki. Syczę, kiedy zaciskasz palce na jednej z nich i boleśnie wbijasz w nią paznokieć - Zaraz cię rozgrzeję, najdroższy. Dzisiejszy dzień będzie specjalny... - obiecujesz.
Nawet nie próbuję rozmyślać o torturach, które dla mnie przygotowałeś; zapewne niedługo na własnej skórze poznam twoje chore zamiary.
Suniesz dłonią po moim nagim torsie, gładząc przy tym opuszkami palców moją napiętą skórę. Znowu drżę - ze strachu, nie przyjemności, a po chwili zaczynam niemal się trząść, kiedy twoja ręka znajduję się pomiędzy moimi ciasno zaciśniętymi udami. Szarpię biodrami, by uciec od twojego dotyku, jednak ty natychmiast unieruchamiasz mnie drugą ręką i ponawiasz wędrówkę palców po jednym z moich najwrażliwszych miejsc. Moje nieposłuszne ciało reaguje na twoje pieszczoty, a ja zaciskam wargi, by tylko nie jęknąć i nie dać ci tej chorej satysfakcji, którą zapewniają ci odgłosy mojej nikłej rozkoszy, jednak łamię się, gdy czuję jeden z twoich palców tuż przy moim wejściu. Zataczasz wokół niego kółka i drażnisz dotykiem zakończenia nerwowe, a mój opór słabnie, stopniowo ci się poddaję. Ponownie zaczynam wierzgać biodrami, lecz tym razem po to, by zachęcić cię do działania. Tak mi dobrze...
Mimo tego, iż nie widzę twojej twarzy, jestem pewien, że twoje usta właśnie wykrzywiły się w triumfalnym uśmieszku, ale to teraz nie ma znaczenia. Chcę więcej ciepła, więcej przyjemności...
- Kyo... - szepczę nieśmiało, a twój palec zagłębia się w moim wnętrzu, wyrywając z ust głośne westchnienie  przyjemności. Rozchylam szerzej nogi, gdy wsuwasz go głębiej i zaczynasz nim rytmicznie poruszać - teraz już nie duszę w sobie jęków ani westchnień. To, że akurat ty stoisz za tą falą rozkoszy nie ma dla mnie żadnego znaczenia i przypominam sobie o tym dopiero w chwili, gdy zabierasz dłoń, by wbić się we mnie gwałtownie i bez żadnego uprzedzenia. Krzyczę, a łzy wypływające z moich oczu kończą swoją wędrówkę na jedwabnej opasce, wsiąkając w jej materiał.
Nie czekasz, aż przywyknę do twojej obecności - od razu rozpoczynasz swój szalony bieg ku spełnieniu, niemal rozrywając mnie od środka. Wyrywam się i szarpię z całych sił, jednak mój opór słabnie z każdym twoim ruchem. Wreszcie opadam bezwładnie na podłogę i poddaję się całkowicie, tym samym pozwalając ci na wszystko. Zamykam oczy, starając się skupić swoje myśli na czymś innym, jednak gdy tylko widzisz, że zaczynam odpływać, wymierzasz mi celny cios, który pozostawił czerwony ślad na moim policzku.
- Myśl o mnie, gdy cię pieprzę - warczysz ostrzegawczo i wykonujesz jedno mocniejsze pchnięcie, a ja przygryzam wargę aż do krwi, byle tylko nie krzyknąć. Pochylasz się nade mną, czuję na klatce piersiowej twój ciężar i język zlizujący szkarłatne krople z mojej skóry - Smakujesz cudownie - jęczysz z zachwytem, a po chwili osiągasz spełnienie i rozlewasz się w moim wnętrzu, oznajmiając to przeciągłym, gardłowym jękiem. Wysuwasz się niemal od razu, a krople twojego nasienia spływają po moich udach, mieszając się z czerwienią krwi. Mruczysz, zadowolony i klepiesz mnie po pośladku.
- To jeszcze nie koniec, piękny... - ciarki przechodzą mi po plecach na dźwięk twojego podnieconego głosu. Siłą rozchylasz jeszcze szerzej moje uda i przesuwasz językiem po wewnętrznej stronie jednego z nich. Wykrzywiam się z obrzydzeniem, na szczęście ty nie zauważasz mojego wyrazu twarzy, pochłonięty smakowaniem mojej aksamitnej skóry.
- K-kyo, błagam... - jęczę błagalnie, gdy twoje palce znów wsuwają się do mojego wnętrza, ponownie rozrywając lekko zasklepione rany - P-proszę, przestań... - mój głos drży, a policzki naznaczają mokre ślady, kiedy porzucasz swoją zabawę, a zamiast tego czuję chłodny dotyk stalowego noża na wewnętrznej stronie jednego z ud.
- Przestań skomleć... - warcząc, niezbyt delikatnie zagłębiasz ostrze w mojej białej skórze, a z niewielkich nacięć wypływają kolejne krople krwi. Zlizujesz je i wsuwasz czubek języka pomiędzy rozcięcia, potęgując moje cierpienie. Wiję się pod tobą, prosząc i błagając o to, byś ustąpił, jednak ty pozostajesz niewzruszony. Z zacięciem kontynuujesz realizowanie swoich fantazji, a kiedy kończysz, ja nie mam już siły krzyczeć. Niczym porzucona przez dziecko szmaciana lalka, bezwładnie leżę na podłodze i modlę się o szybką oraz bezbolesną śmierć. Nagle czuję, jak dotykasz mojej twarzy, a później wplatasz palce pomiędzy moje włosy, rozwiązując czarną opaskę, która do tej pory ograniczała mój zmysł wzroku. Mrugam kilkakrotnie, nieprzyzwyczajony do ostrego światła, które przebija się przez rozdarcia w ciemnym materiale zasłon. Niespodziewanie kątem oka dostrzegam szybki ruch twojej dłoni, a już po chwili czuję, jak jakiś twardy i chłodny przedmiot napiera na skórę mojej skroni. Niepewnie odwracam głowę w tamtą stronę, moje oczy spotykają się z lufą niewielkiego pistoletu, który przystawiasz teraz do mojej twarzy. Twój palec wskazujący spoczywa na spuście, gotowy, by nacisnąć go w każdej chwili.
- Umrzemy razem... - mówisz, wolną ręką gładząc mój policzek. Przymykam powieki, pogodzony ze swoim losem. Jeśli uwolnienie się od ciebie jest równoznaczne z utratą życia, chcę umrzeć, wręcz pragnę śmierci.
- Zrób to - szepczę z trudem, a ty wreszcie spełniasz moją prośbę. Po huku, który rozdarł moją czaszkę, słyszę kolejny strzał, a twoje ciało bezwładnie opada na moją klatkę piersiową, pozbawiając mnie tchu. Duszę się, osuwając się w nieprzeniknioną ciemność, a kiedy oddzielam się od mojego ciała i zerkam w twoje martwe oczy, mam ochotę się śmiać. Jestem wolny. I nie czuję już bólu...